czwartek, 13 października 2016

Co nowego w październiku?

Nowości Polskie

Wodnikowe wzgórze - Richard Adams
Premiera 14.10.2016

Tak, tak, tak!

Bardzo chciałam tę książkę w swojej kolekcji i w końcu będę miała na to okazję. Przepiękna okładka i fantastyczna opowieść o króliczym stadzie. Czego mogłabym chcieć więcej?






Prawodziejka - Susan Dennard
Premiera 12.10.2016

Nie spodziewałam się tak szybkiego wydania tej książki po polsku. Co prawda książka była dosyć popularna, kiedy wychodziła, jednak reakcje były dosyć mieszane. 

Jeśli miałabym być trochę 'salty' to muszę przyznać, że polskie wydawnictwa mają duży talent do wybierania akurat tych, które uważam za średnie. W Prawodziejce mamy typowe fantasy z średnimi i trochę płytkimi postaciami, mgliście zarysowanym światem i miejscami ciągnie się jak guma w majtach. Niestety ja jestem już trochę zmęczona typową fantastyką (z wyjątkami, kiedy książcę udaje się wprowadzić mnie w tryb fangirlingu)



Nowości Angielskie

The Midnight Star - Marie Lu
Premiera 11.10.2016

Zakończenie trylogii o Malfetto. W zeszłym miesiącu udało mi się przeczytać obie poprzednie części. Mimo, że pierwsza była dla mnie strasznym zawodem, druga zdecydowanie podniosła poziom i sprawiła, że chętnie sięgnę po ostatnią książkę, żeby poznać zakończenie trylogii.

Chętnie poznam dalsze losy Adeliny i reszty antybohaterów.





Goldenhand - Garth Nix
Premiera 11.10.2016

Trochę zdziwiłam się widząc zapowiedź tej książki, Było to raczej pozytywne zaskończenie, bo cykl Starego Królestwa bardzo mi się podobał. Mimo, że autor wydał wcześniej prequel, nie spodziewałam się kontynuacji. Goldenhand jest piątą (licząc Clariel) książką cyklu i zarazem kontynuacją Abhorsena.

Dodatkowo - Lirael nadal będzie główną bohaterką, co dla mnie jest dużym plusem - polubiłam ją najbardziej ze wszystkich bohaterów.





Blood Red Snow White - Marcus Sedgwick
Premiera 25.10.2016

Marcus Sedgwick jest na moim radarze odkąd wpadłam na jego inną powieść - The Dark Horse, kiedy poszukiwałam czegoś w klimatach prehistorycznych. Blood Red Snow White

Kolejna książka zajmująca się słowiańszczyzną. Może i jest to ponowne wydanie, ale odczuwam lekki niedosyt po poprzedniej książce w podobnych klimatach (Vassa in the Night, o której wspominałam w poprzednich nowościach) i chętnie sięgnę po pozycję autora, z którym i tak miałam zamiar się zapoznać. No chyba, że najpierw jednak sięgnę po The Dark Horse, który siedzi kupiony na moim Kindle od jakiegoś czasu :)



Hag-Seed - Margaret Atwood
Premiera 11.10.2016

Margaret Atwood nie jest zbytnio popularna w Polsce (feministyczna literatura, która potrafi ten ruch także skrytykować? No przecież nie przejdzie!), dlatego nie spodziewam się dużego szumu wokół tej książki.

Samo Hag-Seed jest częścią większe serii, w której autorzy piszą własną interpretację szekspirowskich szutk (inne książki z tej serii można znalesć tutaj ) W tym wypadku będzie to Burza.






Spare and Found Parts  - Sarah Maria Griffin
Premiera 11.10.2016

Spare and Found Parts ma chyba najciekawszego blurba ze wszystkich wrześniowych premier. Miasto zdziesiątkowane epidemią, gdzie każdemu brakuje jakiejś części ciała. Dodajmy do tego futurystyczny świat, gdzie zakazano zaawansowanej technologii.oraz fabułę obracającą się wokół stworzenia elektronicznego towarzysza. Może i skrzywienie zawodowe, ale ja to kupuje.

Zobaczymy jak zaprezentuje się rezultat końcowy.





Aerie - Maria Dahvana Headley
Premiera 4.10.2016

Aerie to kontynuacja wydanej w zeszłym roku Magonii. Poprzedniczka zaimponowała mi stylem i światem, chociaż sama konstrukcja i bohaterowie nieco kulały. 

Jestem ciekawa jak potoczą się dalsze losy bohaterów, bo zakończenie Magonii pozostawiło wiele możliwości. 






Iron Cast - Destiny Soria
Premiera 11.10.2016

Zakochałam się w okładce tej książki od pierwszego wejrzenia. A jak dodamy do tego, że odbywać się będzie w latach dwudziestych? (jazz age! prawie nigdy nie spotykam tego okresu w książkach) No ja na pewno sięgnę w wolnej chwili.

Jest jeden szkopuł - jest to powieść debiutancka, więc nie mam pojęcia jak wygląda warsztat autorki. Ale w tym roku dawałam szanse o wiele gorzej rokująceym pozycjom, więc zobaczymy jak będzie z Iron Cast.

środa, 5 października 2016

A Torch Against the Night - Sabaa Tahir

Są serie, które kocham ze względu na ich oryginalność. Są też serie, które nie wyróżniają się z pozoru niczym szczególnym - wtedy zazwyczaj moja opinia zależy od wielu czynników, ale w tym wypadku, żeby się wybić, seria musi mieć “to coś”. Zazwyczaj jest to szczegół - albo jakiś element fabuły czy świata, albo wzbudzające sympatię postacie. Są też książki takie jak seria Saby Tahir - książki, które biorą istniejące schematy i łączą je w idealną całość.

Z góry już mogę powiedzieć, że A Torch Against the Night zapewne będzie miało tyle samo fanów, co przeciwników. Jest tu wiele elementów, których nie lubię - mamy trójkąt miłosny, narrację pierwszoosobową ze zmieniającą się perspektywą. Mamy nawet, prawie już obowiązkowy w YA, motyw buntowników. A jednak mimo wszystko, to jakimś cudem działa. Po trochu dzięki dobrej konstrukcji, a po trochu dzięki znakomitemu warsztatowi autorki.

Fabuła zaczyna się w tym samym momencie, w którym skończyła się poprzednia część - śledzimy ucieczkę głównych bohaterów, Lai i Eliasa, a potem ich wędrówkę do Kauf w celu uwolnienia brata Lai. Niesamowicie się wciągnęłam już od pierwszych stron i czytałam w każdej wolnej chwili. Mimo, że jest to środkowa część książka trzyma i suspens, i dosyć szybkie tempo. Nie czułam zupełnie, żeby wydarzenia miały formę zapychacza. Każde wydarzenie albo uchyla nam nieco świata, albo popycha i komplikuje fabułę.

Dodatkowym plusem dla mnie było powolne ukazywanie bardziej fantastycznej strony świata. Tak jak An Ember in Ashes czytało się prawie jak powieść historyczną, tak “A Torch…” jest już zdecydowanie pełnokrwistą fantasy. Jest to wciąż ten sam świat, jednak sprytnie rozwinięto kilka istniejących wątków. Bardzo lubię takie zabiegi, zwłaszcza jeśli są oparte o mitologię (w tym przypadku arabską) 

Tak, jak w poprzedniej części, mamy pierwszoosobową narrację z perspektywy Eliasa i Lai. W “A Torch...” jako narratora dodano jeszcze Helene. Jak dla mnie był to strzał w dziesiątkę - po pierwsze była to zdecydowanie najlepsza postać w części pierwsze, po drugie, dzięki niej mieliśmy wejrzenie na wydarzenia po stronie Imperium. Pod koniec książki trochę jednak żałowałam, że nie dostaliśmy chociażby ukradkowego spojrzenia na narracje od strony Marcusa ( który notabene okazał się całkiem ciekawym antagonistą), ale możliwe, że zobaczymy ją w kolejnych częściach.

I tutaj muszę przyklasnąć autorce, bo udało jej się stworzyć gamę interesujących postaci pobocznych. Jest ich sporo, a każda jest na tyle charakterystyczna, że nie sposób ich pomylić. Mimo, że minęło już trochę czasu odkąd skoczyłam czytać, to nadal doskonale pamiętam większość postaci i ich losy. Tutaj trzeba wspomnieć - Sabaa Tahir potrafi być okrutna i jeśli zbytnio przywiążesz się do danej postaci, powinieneś przygotować sobie pod ręką chusteczki.

“A Torch…” nie jest może pozycja przełomowa, ale łączy wszytko to co powinna mieć książka czytana dla rozrywki - wartką akcje, porządnie nakreślonych bohaterów i dobrze nakreślony świat. Cała seria, mimo, że wykorzystuje dużą ilość schematów, jest warta polecenia jako znakomicie zrealizowane młodzieżowe fantasy. Ja teraz wracam do czekania na kolejną cześć - niestety ma ukazać się dopiero w 2018 roku 


Tytuł: A Torch Against the Night
Seria: An Ember in Ashes
Autor: Sabaa Tahir
Wydanie recenzjowane : HarperVoyager
Wydanie polskie: -


Ocena:

8/10

czwartek, 22 września 2016

Jesienne, wrześniowe nowości

Wpis ździebko spóźniony ze względu na to, że wciągnęły mnie niesamowicie dwie rzeczy wydane pod koniec zeszłego miesiąca. Po pierwsze przewspaniałe A Torch Against the Night, które wessało mnie, zafundowało emocjonalną jazdę i wypluło, pozostawiając z niezłym kacem książkowym. Próbowałam już parokrotnie zabrać się za kolejne książki, ale zazwyczaj wytrzymywałam zaledwie 5 stron, bo myślami wciąż wracałam do "A Torch...". 
No i moje nemesis - 30 sierpnia wyszedł nowy dodatek do Warcrafta i oczywiście siedzę i napierniczam. Jak do tej pory bawię się najlepiej od czasów WoTLKa, więc brawo Blizzardzie, zabiłeś moje życie towarzyskie i inne hobby.
Obiecuję poprawę i już jestem w trakcie pisania recenzji "A Torch...". W planach mam jeszcze recenzję Hyperiona i "A court of mist and fury" (które notabene w międzyczasie zdążyłam przeczytać dwukrotnie)


No, ale nowości nadal śledzę, więc mogę się podzielić tym, na co czekam(albo czekałam, bo tak zwlekałam z tą notką, że wyszło w międzyczasie ^^') we wrześniu.



Nowości Polskie



Pieśni Węży jak nie było tak nie ma, a w polskich wydawnictwach interesujących mnie tytułów jak na lekarstwo. Powoli przypominam sobie, dlaczego po czytaniu nałogowo fantastyki i przerobieniu sporej części klasyki po prostu zabrakło mi interesujących pozycji. Błogosławię fakt, że udało mi się przełamać i zacząć czytać w oryginale, bo chyba znowu straciłabym pasję do czytania.

Warto co prawda wspomnieć, że dwie ciekawe książki otrzymały nowe wydania - Elantris, Brandona Sandersona oraz Autostopem przez Galaktykę, Douglasa Adamsa. Niestety ani jedno ani drugie wydanie zupełnie mi się nie podoba, więc raczej na półce pozostanie moje stare wydanie Elantris, a na drugą jeszcze sobie poczekam.

Szóstka wron - Leigh Bardugo
Premiera 28.09.2016


Tak, tak, tak! Co prawda zabieram się do tej książki jak pies do jeża (winię tutaj poprzednią serię pani Bardugo, która mocno mnie miejscami zawiodła), ale takiego wydania (twarda okładka! i ta piękna oficjalna grafika) nie mogę zignorować. Magu oficjalnie wybaczam Ci za okładki Robin Hobb i nową okładkę Elantris. 

Trochę boję się hype'u otaczającego Szóstkę Wron, ale ostatnio popularne książki po które się sięgałam ("An Ember in Ashes" ot chociażby) mnie nie zawiodły.  Zwłaszcza, że "Szóstka..." z tego co wiem idzie w bardziej dojrzalszą stronę niż to robiła poprzednia seria Leigh Bardugo.

Może w końcu uda mi się przeczytać o tym jak tytułowa Szóstka Wron przeprowadziła napad stulecia.



Nowości Angielskie



Kingdom of Ash and Briars - Hannah West
Premiera 15.09.2016

Przesunięta premiera sierpniowa. Była to jedna z bardziej wyczekiwanych przeze mnie książek.

Uwielbiam retellingi a połączenie Kopciuszka, Śpiącej Królewny, Mulan i Jane Austen zdecydowanie może być tym co może przypaść mi do gustu.

Szkoda tylko, że nie ma na razie wieści o wersji na Kindle i dostępna będzie tylko w twardej oprawie.





Revenger - Alastair Reynolds
Premiera 15.09.2016


Space opera od jednego z lepszych autorów tego gatunku. Po Hyperionie mam straszną chrapkę na większą dozę science fiction. Co prawda czeka mnie jeszcze "Upadek Hyperiona", ale chętnię sięgnę po opowieść o przygodach na kosmicznym statku.

Blurb przypomina mi tradycyjną powieść przygodową o marynarzach. Z tą różnicą, że w kosmosie. 





The Queen of Blood - Sarah Beth Durst
Premiera 20.09.2016


Mimo, że tytuł brzmi generycznie (bo ile to już mieliśmy Królowych ostatnimi czasy?), to sam pomysł na świat jest intrygujący.

Mam szczególny sentyment do książek, w których dużą rolę odgrywają natura, czy druidyzm, dlatego mam spore oczekiwania co do świata, którym rządzą duchy natury. Zwłaszcza, że dostaniemy to z ciekawym twistem - duchy mają dążyć do zniszczenia ludzkości.

Zobaczymy jak autorka zaprezentuje to w książce i czy podoła z innymi elementami, bo sam koncept jest zacny.




Vassa in the Night - Sarah Porter
Premiera 20.09.2016

Powieść oparta na rosyjskiej baśni - jak dla mnie jedno wielkie "TAK". Niezmiernie cieszy mnie ilość powieści inspirowanych słowiańskim folklorem czy kulturą, wychodzących ostatnimi czasy. Co prawda poziom jest różny i zdarzają się powieści, gdzie bohaterowie chodzą upojeni kwasem chlebowym (heh), jednak jeśli dzięki temu będziemy otrzymywać takie perełki jak Wybrana Naomi Novik, czy And I Darken nie będę narzekać.

Zobaczymy jak Sarah Porter poradzi sobie z tradycyjną słowiańską baśnią.




Three dark crowns - Kendare Blake
Premiera 20.09.2016


Niby typowe YA, ale rzadko kiedy otrzymujemy powieść, w której głównym elementem są relacje pomiędzy rodzeństwem. Nawet jeśli taki wątek istnieje zazwyczaj jest pokazany jedynie jako tło.

W powieści Kendare Blake jako główne bohaterki otrzymamy trzy, rywalizujące ze sobą, siostry. Jestem ciekawa, czy autorce uda się stworzyć ciekawą dynamikę między nimi, bo zdecydowanie widać potencjał.





A Shadow Bright and Burning - Jessica Cluess 
Premiera 20.09.2016

Przyznaję, że jedynym powodem, dla którego interesuje mnie ta powieść jest fakt, że rozgrywa się ona w czasach wiktoriańskich. Blurb brzmi baaaardzo typowo. Pierwsza czerwona z mocami przywoływaczka słońca wpisz losowy specjalny płatek śniegu kobieca czarownica to raczej to nie jest szczególnie oryginalny koncept.

Mam jednak nadzieję, że książka obroni się klimatem lub postaciami.





Crooked Kingdom - Leigh Bardugo
Premiera 27.09.2016

W Polsce w tym miesiącu wychodzi pierwsza część, a dokładnie dzień wcześniej dostajemy angielską kontynuację. Patrząc na tę okładkę cieszę się bardzo, że w Polsce "Szóstka..." otrzymała zagraniczną okładkę. Jeśli Mag wyda "Crooked Kingdom" z tą okładką, to będą pięknie prezentować się na półce <3








Bright Smoke, Cold Fire - Rosamund Hodge
Premiera 27.09.2016


To będzie moje trzecie podejście do twórczości Rosamund Hodge. O dziwo, jej retelling Pięknej i Bestii - Cruel Beauty nie przypadł mi do gustu. Mimo wspaniałego świata (chyba najlepszego o jakim czytałam w tym roku!)  i porządnej historii, całość wypadła płasko.

Pani Hodge ma niesamowity talent jeśli chodzi o tworzenie światów, ale nieco kuleje u niej kreacja postaci. Poprawiło się to nieco w Crimson Bound, więc zobaczymy czy kolejna powieść da sobie radę ;)

poniedziałek, 5 września 2016

My Lady Jane - C. Hand, B.i Ashton, J. Meadows


Szukasz krwawej i wiarygodnej powieści historycznej? 
My Lady Jane zdecydowanie nie jest dla Ciebie. Autorki zapożyczają wydarzenia historyczne, bawiąc się konwencją, zmieniając i przekształcając je w fantastyczną opowieść umiejscowioną w Anglii podczas ostatnich dni władania Edwarda VI. Opowieść nie tyle o krwawej walce o tron i konflikcie między kościołem anglikańskim i katolickim co o miłości, przyjaźni oraz… koniach. I lisach. I całym spektrum zmiennokształtnych postaci.

A może szukasz dramatycznej, łamiącej serce opowieści? 
Tego też tutaj nie znajdziesz. Jedyne problemy i dramatyzm wynika z potrzeby popchnięcia fabuły naprzód. 

Ta książka jest tym, czym jest i nie udaje niczego innego. To lekka niczym wata cukrowa, zabawna powieść fantasy pełna angielskiego, miejscami czarnego, humoru, gier słownych, nakrapiana romansem. 

Sięgnęłam po My Lady Jane, kiedy potrzebowałam się odstresować. To jest książka, po którą sięga się, żeby odprężyć się po ciężkim dniu, odegnać smutki, bądź wtedy kiedy po prostu potrzebujesz lekko sarkastycznej, pełnej nadziei historii.

I właśnie w takim kontekście spełnia swoją rolę idealnie. Sprawiła, że rżałam jak koń (przepraszam Giffordzie, więcej końskich żartów nie będzie!) tyle razy, że nie dałabym rady tego zliczyć. A kiedy o 1 w nocy wybuchasz śmiechem… No cóż, wybaczcie mi domownicy!

To dużo mówi o tej książce, biorąc pod uwagę, że wszystkie postacie, których punkt widzenia śledzimy, dosłownie, straciły głowy albo umarły na gruźlicę. Osobiście mam dosyć specyficzny typ humoru. Z jednej strony głupota amerykańskich komedii sprawia, że przewracam oczami z zażenowania, z drugiej humor monty pythonowski jest dla mnie za ciężki. My Lady Jane wstrzeliła się idealnie, jak dla mnie, w środek z dobrym umiejscowieniem czarnego humory, zabawnych konfrontacji i gier słownych.

Postacie są tak jak książka - lekkie i zabawne. Ich dynamika niesie linię fabularną z jednego komicznego punktu do drugiego. Ale czy można odmówić uroku scenie, w której Jane dowiaduje się, że jej świeżo poślubiony mąż to koń? Albo kiedy G zamyka swoją żonę w klatce, żeby nie musiała walczyć z niedźwiedziem? Ja nie potrafiłam.

Fabuła jest solidna, choć niezbyt skomplikowana. Toczy się wartko i bardzo łatwo się wciągnąć. To dodatkowy atut biorąc pod uwagę, że była pisane przez trzy osoby. Mam wrażenie, że każda postać z której perspektywy była narracja była pisana przez inną autorkę. Ciężko jednak to stwierdzić, bo wszystkie napisane są w podobnym stylu. I tak samo dobrze.

Serce podpowiada mi, żeby dać 10/10, jednak wiem, że nie jest to książka bez skazy. Mimo wszystko jest to książka płytka i odrobina głębi postaci nie zaszkodziłaby w ogólnym odbiorze. Polecam zdecydowanie, jeśli szukasz lekkiej, humorystycznej i mało wymagającej lektury.


Tytuł: My Lady Jane
Seria: -
Autor: Cynthia Hand, Brodi Ashton, Jodi Meadows
Wydanie recenzjowane : HarperTeen
Wydanie polskie: -

Ocena:

8/10

piątek, 26 sierpnia 2016

Zgnilizna - Siri Pettersen



Siri Pettersen udało się coś niebywałego - jej książkom dwukrotnie udało się zawieść moje oczekiwania i to na zupełnie innych polach. Nie oczekiwałam po tej książce cudów - pierwsza część była raczej schematyczna, wydanie wyglądało tak, jakby korektor go na oczy nie widział, a bohaterowie nie byli zbyt dobrze nakreśleni. Jedyne co, jak dla mnie, ratowało Dziecko Odyna to całkiem fajny świat, z dużą ilością nawiązań do nordyckiej mitologii. Niestety, tak jak Rebisowi udało się zapędzić w końcu swojego korektora do pracy, tak reszta reszta nadal kuleje, a świat zatracił trochę z swojego północnego charakteru.

Pani Pettersen pod względem pisania przypomina mi nieco Trudi Canavan - nie piszą one książek najgorszych pod słońcem, jednak nie ma w nich nic specjalnego i nie wybijają się pod żadnych względem ponad średnią. Są przeciętne, a jakimś cudem wydawnictwom udaje się zgromadzić rzeszę fanów wychwalających je pod niebiosa. I nie chodzi tu nawet o braki warsztatowe (lubię je wytykać, ale nigdy nie uznaje tego za rzecz najważniejszą), ale w ich opowieściach brakuje pewnej iskry. W ich światach brak głębi i czytając, czuję się, jakbym konsumowała stare, odgrzewane danie.

Bardzo podobały mi się nawiązania do mitologii nordyckiej w pierwszym tomie. Liczyłam, że w Zgniliźnie dostaniemy podobny klimat. Niestety wątek Hirki mocno odciął się od tych klimatów serwując nam coś w stylu urban fantasy. Wątek Rime’go w Ym był zdecydowanie za krótki, żeby w jakikolwiek sposób to odczuć. Przez dodanie kolejnego świata, który, niestety, nie był aż tak interesujący jak Ym konstrukcja nieco się rozmyła. W tym drugim świecie, opartym na naszym, brakowało właśnie nordyckich smaczków, jakiegokolwiek nawiązania do Ym, czy mitologii. Wyszło przez to trochę nijako, bo świat nie wyróżniał się niczym. Dodatkowo brak różnic między naszym światem, a tym który odwiedziła Hirka, sprawił, że autorka trochę po macoszemu potraktowała jego kreację, przyjmując chyba, że czytelnik domyśli się z czym ma do czynienia

Fabuła podzielona była dwa wątki - ten dziejący się na Ziemi i ten w Ym. Tak jak całkiem przyjemnie śledziło mi się wątek w naszym świecie, tak wątek Rimego to chyba jeden z najgorszych wątków politycznych jakie czytałam. Sprowadzenie Rimego do osoby furiata z obsesją, postacie poboczne zachowujące się nielogicznie i po prostu głupio, wydarzenia, których ciąg przyczynowo-skutkowy nie miał żadnego sensu. Niestety niejednokrotnie przewracałam oczami czytając o dalszych losach Mannfali. Miałam też wrażenie, że sama autorka za mało interesuje się polityką, by stworzyć coś co nie wyszłoby naiwnie, nawet gdyby zignorować wątpliwą logikę.

Nie podobały mi się też rewelacje związane z pochodzeniem głównej bohaterki. Nie jestem jakąś ogromną przeciwniczką ‘specjalności’ wśród postaci, jeśli nie jest to wymuszone i wprowadzane na siłę. Tutaj niestety tak było. Moim zdaniem wystarczyłoby, gdyby Hirka była tylko i wyłącznie Dzieckiem Odyna...

Co do Rime  -już w pierwszej części wydał mi się postacią nieco płaską. Nadrabiał to jednak  fabułą swojego wątku, która była o wiele ciekawsza od reszty. W Zgniliźnie zarówno zmiany w jego charakteryzacji i wątek wypadły koszmarnie. Motywacja Rimego została sprowadzona do: myślenia o Hirce, napadów furii i narzekania jaka to Rada jest zła. Jego dziecinne zachowanie i zaślepienie w swojej “miłości” powodowały, że miejscami miałam ochotę nim mocno potrząsnąć. Nie mam też pojęcia co miało na celu (SPOILER) przyprowadzenie go do innego świata w drugiej części Zgnilizny. Nie wniosło to do fabuły dosłownie nic poza naiwnym i sztucznym dramatyzmem i zidioceniem wątku prowadzonego w Mannhalli. Wszyscy dają się omotać nastolatkowi, który nie radzi sobie z gniewem i myśli chyba tylko i wyłącznie własnym członkiem. Naprawdę?

Najgorsze jednak to, że podczas lektury nie obchodził mnie los postaci. Tak jak wcześniej czułam sympatię względem Rimego i Hirkę, tak w drugiej części nie zależało mi na ich losie. Rime mnie irytował swoim idiotyzmem i egoistycznym podejściem. Hirkę polubiłam, jednak jej zapatrzenie w siebie i ślepa miłość miejscami mnie odpychały. Podobały mi się natomiast postacie dwóch braci, którzy wypadli chyba najlepiej ze wszystkich. Okazali się mieć na tyle dynamiki, że udało się im mnie w pewnym momencie pozytywnie zaskoczyć.

Nie mogę z lekkim sercem polecić tej powieści. Jeśli wiesz w co się pakujesz - w przeciętne fantasy z wieloma wadami. Może się spodobać, jeśli nie przeszkadza Ci szablonowość i brak świeżości. Ja po ostatnią część sięgnę tylko dlatego, że lubię kończyć to co zaczęłam.

Tytuł: Zgnilizna
Seria: Krucze Pierścienie
Autor: Siri Pettersen
Wydanie recenzjowane : Rebis
Wydanie polskie: Rebis


Ocena:

5/10

czwartek, 18 sierpnia 2016

Dwór cierni i róż - Sarah J. Maas

Było to moje drugie podejście do twórczości Sarah J. Maas. Pierwszy tom Szklanego Tronu zdecydowanie nie przypadł mi do gustu - dosyć płytka, przewidywalna fabuła i straszliwie irytująca główna bohaterka skutecznie zniechęciły mnie do kontynuowania tej serii. Po lekturze Dworu mogę powiedzieć, że na całe szczęście często daję autorom drugą szansę, bo kolejna seria od Pani Maas zaczyna się całkiem obiecująco.


Było to moje drugie podejście do twórczości Sarah J. Maas. Pierwszy tom Szklanego Tronu zdecydowanie nie przypadł mi do gustu - dosyć płytka, przewidywalna fabuła i straszliwie irytująca główna bohaterka skutecznie zniechęciły mnie do kontynuowania tej serii. Po lekturze Dworu mogę powiedzieć, że na całe szczęście często daję autorom drugą szansę, bo kolejna seria od Pani Maas zaczyna się całkiem obiecująco. Na początku trzeba zaznaczyć - Dwór Cierni i Róż to w głównej mierze, co prawda całkiem dobrze napisany, ale jednak, romans. Wszystkie inne wątki są raczej tłem dla rozwijającej się relacji między Tamlinem i Feyre, co sprawiało, że miejscami czułam się jakbym czytała harlequina z nieco bardziej rozbudowanym światem. Więc jeśli nie jesteś fanem romasów trzymałabym się od tej pozycji z daleka. Historia jest porządna, ale im dalej zgłębiamy się w fabułę, tym bardziej schematyczna się stawała. Spotykamy główną bohaterkę - Feyrę, w chwili, kiedy omyłkowo zabija Fae pod postacią wilka, żeby wyżywić swoją rodzinę. Oczywiście, to powoduje lawinę wydarzeń, które sprowadzają Feyrę do krainy nieśmiertelnych Fae i wrzucają w wir wydarzeń opartych na baśni o Pięknej i Bestii. Już od pierwszych stron widać poprawę warsztatu u Maas - fabuła jest wciągająca na tyle, że osobiście już w połowie nie byłam w stanie odkleić się od książki. Troszeczkę mogę przyczepić się do samej konstrukcji, która jest prosta, bez wątków pobocznych, czy zawirowań w narracji. Sztywno trzymamy się punktu widzenia Feyry, śledząc jej przygody. Czy to źle? W przypadku kierunku jaki obrała pani Maas, gdzie głównym elementem jest wątek romantyczny, to zdecydowanie nie przeszkadza. Chociaż osobiście uważam, że historia miała potencjał, żeby jeszcze w tym tomie rozwinąć skrzydła także przy wątkach bohaterów pobocznych. Być może otrzymamy to w następnych tomach - bo szczerze wątpię, żeby przez trzy tomy fabuła skupiała się na wątku Tamlina i Feyre.
Poprawę widać również w konstrukcji głównej bohaterki - jest zdecydowanie bardziej wyważona i łatwiej się z nią utożsamiać . Feyra jest silna i rezolutna, ale nie jest to siła przesadzona i w dodatku umniejszona przez fakt, że otoczona jest istotami o wiele od niej potężniejszymi.Na plus jeszcze idzie fakt, że narrator nie zachwyca się nią co drugie zdanie, pozwalając, żeby czytelnik ocenił ją poprzez czyny. Jak jako retelling sprawdził się Dwór Cierni i Róż? Zdecydowanie nie jest to najlepsza tego typu pozycja jaką czytałam. Podobała mi się dekonstrukcja pewnych archetypów. Przykładowo - disneyowska miłość do książek Pięknej, została zastąpiona... nauką czytania, a osoba która wyruszyła próbować odzyskać Feyrę to nie ojciec, a siostra. Niestety sam charakter relacji między Piękną a Bestią nie został przekazany za dobrze, a wątek romantyczny przypominał raczej miłość od (prawie) pierwszego wejrzenia niż charakterystyczne oswajanie bestii. Jest też jedna sprawa, która mocno popsuła mi odbiór tej książki - nie potrafiłam polubić Tamlina. Jak dla mnie jego postać wyszła wyjątkowo płasko i wręcz odpychająco. Miałam wrażenie, że jego wątek miłosny z Feyrą był strasznie powierzchowny i, jak na moje gusta, rozwinął się za szybko. Narrator miejscami wręcz na siłę starał się pokazać go w dobrym świetle, nawet w chwilach kiedy zachowywał się bezczelnie i arogancko. Ponadto ciężko było mi uwierzyć, że arogancki, na zabój przystojny fae ma być odpowiednikiem archetypu Bestii. Nie widziałam u Tamlina podkreślonych żadnych negatywnych cech, których pokonywanie było przecież centralnym punktem tejże baśni. I nawet jego, niby, porywczy charakter nie zapunktował, bo nigdy nie został użyty do tego, żeby stworzyć jakąś trudność w jego relacji z Feyrą. Dlatego, mimo posiadania zwierzęcej formy, swoim charakterem oraz prezentacją bardziej przypominał mi upierdliwego i natarczywego Gastona, który chciał w sobie rozkochać Bellę za wszelką cenę, i był przedstawiony właśnie jako idealny partner. Za to bardzo polubiłam postacie poboczne - Luciena, Rhysanda i (o dziwo!) Nestę. Bohaterowie drugoplanowi to był zdecydowanie jeden z mocniejszych pozytywów tej powieści - ciekawi, posiadający swoje własne perypetie, to właśnie dla nich, a nie dla Tamlina i Feyry, kontynuowałam czytanie. Jeśli lubisz romanse pewnie znajdziesz tu coś dla siebie. Jeśli szukasz pełnokrwistego fantasy? Omijałabym raczej szerokim łukiem. Jest tu zalążek czegoś ciekawego pod postacią szczątkowego wątku politycznego i ciekawych bohaterów pobocznych. I przyznaję, że liczę na rozwinięcie tych dwóch elementów w kontynuacji, bo mam wrażenie, że wątek romansu między Feyrą i Tamlinem miał swoje zakończenie w tym tomie i jedyne co można do niego dodać to ewentualne kłopoty wynikające właśnie z innych elementów fabularnych.

Tytuł: Dwór cierni i róż
Seria: Dwór cierni i róż
Autor: Sarah J. Maas
Wydanie recenzjowane : Uroboros
Wydanie polskie: Uroboros


Ocena:

6/10

piątek, 5 sierpnia 2016

Dziecko Odyna - Siri Pettersen



Oj, rozczarowała mnie ta książka. I nie mogę powiedzieć, że poprzeczka postawiona była wysoko, bo nie mam zbyt wielkich oczekiwań wobec debiutów. Zazwyczaj wystarcza, że czytanie sprawi mi przyjemność, bez nadmiernego przewracania oczami. Niestety przy Dziecku Odyna przewracałam oczami wielokrotnie, czy to przy braku logiki u bohaterów, czy to patrząc na koszmarny tekst polskiego wydania, pełen literówek i błędów składniowych. Sam ciąg fabularny w sobie była w porządku - niezbyt skomplikowana, dobrze wprowadzała w świat Kruczych Pierścieni. To trzeba przyznać - całość czytało się nawet przyjemnie, jeśli nie zwracało się dużej uwagi na szczegóły. Niestety wątki z osobna często wypadały dosyć słabo, jak na przykład ten dotyczący Widzącego, który wyszedł strasznie sztampowo, czy naiwny polityczny, gdzie naprzeciw siebie mieliśmy postawioną wielką, złą i, oczywiście, skorumpowaną Mannhalę i dobry, demokratyczny Kruczy Dwór. Dodatkowo, jak już wspomniałam wcześniej, miejscami irytował brak logiki w decyzjach bohaterów, co troszeczkę zepsuło odbiór. Zwłaszcza motyw, kiedy Hirka najpierw decyduje się spalić cały swój dobytek, żeby uciec od rytuału, po czym po podróży i krótkim pobycie w Kruczym Dworze nagle stwierdza, że jednak weźmie w nim udział. Dodajmy tutaj, że nic a nic nie zmieniło się w jej sytuacji, Rytuał był dla niej tak samo niebezpieczny jak w chwili spalenia swojej chatki. Jej podróż do Mannhalli można było zdecydowanie lepiej uzasadnić... Co do głównych bohaterów mam mieszane uczucia. Z jednej strony podobały mi się niektóre rozwiązania, takie jak fakt, że “specjalność” Hirki sprawiała, że była słabsza od innych. Z drugiej strony nie potrafiłam przywiązać się ani do Hirki, ani do Rime’go. Chyba zbyt często zachowywali się idiotycznie, a ich relacje i konflikty były nazbyt płytkie, bym mogła zapałać do nich jakąś większą sympatią. Tutaj muszę wspomnieć, że sama przyjaźń pomiędzy Rimem a Hirką wyszła dość papierowo. Za mało zostało nam w tym aspekcie pokazane, żeby zaakceptować, że od początku była między nimi silna więź. Mimo mojego narzekania, muszę przyznać, że całkiem podobał mi się świat. Jego budowa nie była jakoś szczególnie ambitna czy skomplikowana, ale autorce wyszła solidna podstawa, poprzetykana nawiązaniami do nordyckiej mitologii. Od oczywistego Odyna, poprzez nazywanie Hirki “dzieckiem Embli”, kończąc na domu Boga, który miał kształt drzewa. Widać było, że są to nawiązania raczej luźne, aczkolwiek bardzo pomagały wczuć się w północny klimat. Patrząc na ich ilość raczej nie zdziwię się jeśli w następnych częściach znajdziemy ich więcej i na przykład liczba światów, do których można podróżować poprzez kamienie wyniesie osiem ;) Nie wiem czy Rebis oszczędza na korekcie tekstu, czy też Dziecko Odyna dostało się pod skrzydła jakiegoś świeżaka, ale czytało się to koszmarnie. Literówki, powtórzenia, składnia i opisy jakby wyciągnięte z gimnazjalnego opowiadania. Naprawdę miejscami miałam wrażenie jakbyśmy czytali pierwszy draft, zwłaszcza kiedy trafiały się takie oto kwiatki: “Hirka nigdy nie będzie mogła tknąć ani Rimego ani innych mężczyzn. Była otworem. Chorobą.” Tak, bycie otworem musi być bardzo straszne(zwłaszcza w kontekście kontaktu z mężczyznam, hm!) Na tyle by sprawić, że prawie umarłam czytając ten fragment. Ze śmiechu oczywiście. Moją ocenę pogarsza fakt, że tłumaczy było dwoje - gdyby chociażby przeczytali nawzajem swoje fragmenty łatwo byłoby uniknąć wielu z tych błędów. Może na to właśnie liczył Rebis i postanowił, że korekta nie będzie potrzebna? Dodajmy do tego jeszcze wspaniały fragment, gdzie przez dwie strony autorka uznała za stosowne wykorzystywać caps locka by pokazać, że główny bohater krzyczy. Przełknęłabym to, gdyby była to jedna kwestia. Ale to były dwie strony dialogu wypisanego dużymi literami. Nie, nie i jeszcze raz nie. W ten sposób można pisać na forum, czy w wiadomościach do koleżanki, a nie w tekście literackim, tylko po to, żeby pokazać, że ktoś krzyczy. Tak, napisanie “JESTEŚ Z SIEBIE DUMNA?!” zamiast, ot chociażby “Jesteś z siebie dumna?! - wrzasnął w jej stronę, trzęsąc się z gniewu” jest, według autorki, bardziej ekspresywne. Jak dla mnie? Jedynie bardziej irytujące. Zapewne sięgnę po kolejną część, bo uważam, że świat wykreowany przez Siri Pettersen ma niejako potencjał. Sporo niestety zawinił Rebis wypuszczając nieudolne tłumaczenie, bez odpowiedniej korekty. Mogę mieć tylko nadzieję, że kolejna część trafi w ręce jakiegoś porządnego edytora.

Tytuł: Dziecko Odyna
Seria: Krucze Pierścienie
Autor: Siri Pettersen
Wydanie recenzjowane : Rebis

Wydanie polskie: Rebis


Ocena:

5/10