wtorek, 3 stycznia 2017

Czytelnicze podsumowanie 2016

Ah, ten 2016. Wszyscy na niego narzekają - straciliśmy wiele ikon kulturalnych, zdarzyło się wiele złego. Dla mnie samej był to dosyć ciężki i szalony rok w życiu osobistym. Na tyle popieprzony, że zawierał w sobie zarówno największy życiowy dołek jak i okres kiedy w końcu poczułam się szczęśliwa i spełniona (pomimo pewnych rozterek, nigdy nie czułam się tak dobrze sama ze sobą). Z plusów tego roku na pewno zaliczę założenie bloga. Mimo, że mało kto mnie czyta, to jednak pisanie działa na mnie mocno inspirująco i relaksacyjnie :)

Jeśli chodzi o czytelnictwo i ogólną konsumpcje kulturalnych smakołyków, to był to dla mnie dobry rok - po raz pierwszy od 5 lat udało mi się skończyć wyzwanie 52 książek, powynajdowałam parę interesujących seriali (Stranger Things - moje odkrycie serialowe!), obejrzałam kilka wspaniałych filmów (Łotr 1, Doctor Strange).

Kończąc wywody, chciałabym przybliżyć książki, które otrzymały ode mnie wysokie noty w tym roku.

Najlepsze książki w 2016
Książka roku - Dwór Mgieł i Furii - Sarah J. Maas
A więc zaczniemy od książki, po której nie spodziewałam się, że zostanie moją książką roku. Raz, że za Szklanym Tronem (druga seria pani Maas) nie przepadam, dwa, że pierwszy tom serii był, co prawda, przyjemny, ale przeciętny pod wieloma względami. Kontynuacja mnie zaskoczyła i zbiła z nóg. Drugi tom jest o wiele bogatszy niż pierwszy, nie skupia się tak bardzo na wątku romantycznym, więcej w nim intryg i rozwoju postaci. A sam wątek romantyczny... no cóż sprawił, że fangirlowałam jak za czasów liceum ( a to ostatnimi czasy rzadko kiedy mi się zdarza! :D) Może obiektywnie nie była to najlepsza książka w 2016, ale dostałam ją w swoje łapki dokładnie wtedy kiedy potrzebowałam takiej historii - o tym, że można się podnieść nawet kiedy zostałeś złamany, o tym, że można kochać prawdziwie, ale ta miłość może kiedyś się skończyć. Kiedy sama mam ciężkie okresy właśnie takie książki czyta mi się najlepiej - wciągające, inspirujące i z silną, nieirytującą bohaterką. A jako, że w 2016 miałam takich okresów sporo, ACOMAF zdążył zaliczyć już 3(!) ponowne przeczytania. Polecam, polecam i jeszcze raz polecam!

Najlepsza klasyka - Hyperion - Dan Simmons
Do przeczytania Hyperiona zbierałam się prawie pięć lat, jak przysłowiowy pies do jeża. Przez cały czas wydawało mi się, że będzie to typowe twarde science fiction, na które rzadko kiedy mam tak na prawdę ochotę. A to nie miałam akurat humoru, a to znalazło się coś nowszego. W końcu jednak przysiadła i muszę przyznać, że Hyperion mnie pozytywnie zaskoczył. Nie ze względu na to, że faktycznie jest to książka pod wieloma względami wspaniała. Zaskoczyło mnie to, że pomimo tego science fiction jest to książka niezwykle liryczna. Zabawy formą, dużo odwołań literackich, świetny język. Już po parudziesięciu stronach byłam praktycznie pewna, że autor posiada wykształcenie związane z literaturą piękną. To nie jest typowe hard sci-fi, a sam gatunek wydaje się być tylko i wyłącznie wymówką do zabawy literackiej i dyskusji na temat przeznaczenia i człowieczeństwa. Niesamowita książka i chyba jeśli miałabym wskazać jakąkolwiek pozycję, która mogłaby spodobać się osobom, które kręcą nosem na "brak ambitności" w fantastyce, to zdecydowanie byłaby to opowieść o Dzierzbie

Najlepsza kontynuacja - A Gathering of Shadows - V.E. Schwab
Nie mogło tutaj zabraknąć kontynuacji, która była w stanie poprawić wszystkie błędy swojej poprzedniczki. Była to podobna sytuacja do Dworu.. - w obu przypadkach pierwsza część była, moim zdaniem, średnia. Jednak tak jak Sarah J. Maas w drugiej części stworzyła coś zupełnie innego, tak A Gathering of Shadows kontynuował w podobnym tonie do swojej poprzedniczki, naprawiając jednak prawie wszystkie przewinienia.

Dłuższe przemyślenia tutaj.

Najlepsza seria - An Ember in the Ashes - Sabaa Tahir
Tak wiem, to nie jest najlepsze, najbardziej ambitne młodzieżowe fantasy jakie stworzono. Ale właśnie w tym tkwi urok i siła tej serii. Może nie jest najlepsza, ale wszystkie aspekty są w niej co najmniej dobre, a poziom, jak do tej pory, zadziwiająco równy. Całość, mimo wykorzystania wielu utartych schematów, czyta się dobrze, dzięki przemyślanej i spójnej konstrukcji i kunsztowi pisarskiemu autorki. Dodajmy do tego całkiem fajny świat i budzących sympatię bohaterów a otrzymamy wciągającą na parę wieczorów serię.

Dłuższa recenzja drugiego tomu serii tutaj.


Honorable mention - Cykl Niezwyciężona (The winner's trilogy) - Marie Rutkoski 
Seria, która zaczęła się słabo, ale z każdym kolejnym tomem stawała się coraz to lepsza. Z początku typowe nastoletnie romansidło, w drugim tomie rozwinęło swoje skrzydła skupiając się na politycznych intrygach. Tom trzeci - The Winner's Kiss, na GR otrzymał ode mnie zasłużone pięć gwiazdek za wspaniałe pełnokrwiste fantasy, które nie bało się trudnych, czy też nieszablonowych rozwiązań. Jest to jedna z tych serii, które bezsprzecznie były dobre, ale bałabym się jednoznacznie komuś polecić. Jeśli ktoś lubi romanse, może zanudzić go wartka akcja i polityczne intrygi kolejnych części. Jeśli ktoś woli to drugie - no cóż, chyba ciężko będzie go przekonać do tej serii po dosyć schematycznym pierwszym tomie. Jednak, mimo wszystko, jest to jedna z moich ulubionych serii ostatnich dwóch lat.

Najlepsza kreacja świata - Crimson Bound - Rossamund Hodge
W tym roku miałam przyjemność czytać dwie książki, które wyszły spod pióra Rossamund Hodge - Cruel Beauty, mimo, że zachwycała światem, mocno mnie zawiodła pod względem bohaterów i fabuły - wynudziłam się strasznie i musiałam się praktycznie zmuszać, żeby skończyć. Na szczęście dałam drugą szansę i Crimson Bound spisał się zdecydowanie lepiej od poprzedniczki - o wiele bardziej przypadli mi do gustu zarówno bohaterowie, jak i sam wątek fabularny (A może po prostu miałam już dość wątku pięknej i bestii..). Autorka ma niesamowity talent do wyciągania najciekawszych elementów mitologicznych lub baśniowych i tworzenia z nich mrocznych, pokręconych światów. Jest to element, dla którego na pewno sięgnę po kolejne książki.
pierwsza z nich

Książki, przy których się popłakałam
W tej kategorii znalazły się dwie pozycje. Pierwszą z nich jest wspaniałe And I Darken autorstwa . Alternatywna wersja opowieści o Vladzie Tepesie porwała mnie i chwyciła za serce. Przy ostatnich stronach płakałam jak bóbr (a trzeba wspomnieć, że to dopiero pierwszy tom!)
Kiersten White


Druga książka to jedno z wielkich zaskoczeń tego roku - sięgnęłam po nią zupełnie przypadkiem, dzięki jednej z pozytywnych recenzji na Goodreads. The Passion of Dolssa  autorstwa  Julie Berry. Książka niespodziewanie ambitna i mimo, że klasyfikowana jako młodzieżowa, spokojnie odnalazłaby się wśród literatury pięknej skierowanej dla dorosłych. Nie ma tutaj ani romansu(tytuł nawiązuje raczej do Pasji chrystusowej), ani fantastyki. Jest to smutna, ale jednocześnie niezwykle piękna i wciągająca opowieść o inkwizycji w XIII wiecznej Prowansji. Niejednokrotnie chwyciła mnie za serce, a ostatnie sto stron nie byłam w stanie przeczytać za jednym posiedzeniem. 

Książki, o których warto wspomnieć, bo były po prostu dobre
Za wspaniałą, ciepłą i pełną absurdu opowieść o zmiennokształtnych koniach - My Lady Jane . Była to zdecydowanie najlepsza książka komediowa jaką czytałam w tym roku. Pełna recenzja tutaj.

Za ciekawe połączenie rosyjskiej baśni i współczesnego magicznego realizmu - Vassa in the Night. Jest to jedna z tych książek, względem których nie jestem pewna czy będę ją kochać czy też nienawidzić. Na szczęście skończyło się na tym pierwszym.

Za najlepszą akcję, wartką fabułę i wzbudzające sympatię postaci - Szóstka Wron. Piękne wydanie od Maga skrywało jedną z lepszych książek wydanych w tym roku na polskim rynku :)

Za wzruszający obraz przemian w Afganistanie - Tysiąc Wspaniałych Słońc. Moim skromnym zdaniem książki Khaleda Hosseiniego powinny być lekturą obowiązkową dla wszystkich krzyczących o "wyrzucaniu kebabów".

Za najciekawszy system magiczny i szeroką gamę kobiecych bohaterek - The Queen of Blood.

Oraz po prostu za solidną, krwawą fantastykę w nordyckich klimatach - Pół króla.


poniedziałek, 26 grudnia 2016

Koncertowo - Eluveitie - Katowice 18.12.2017


W zeszłą niedzielę po raz drugi miałam okazję być na koncercie jednego z moich ulubionych zespołów - Eluveitie zagrało w katowickim Mega Clubie.

Pozytywnie zaskoczyły mnie supporty - Netherfell wystąpiło z niesamowitą energią i prawie rozniosło scenę, zaś Helroth było zmuszone do zasłużonego bisowania. Rzadko kiedy jestem świadkiem tak dobrej rozgrzewki przed właściwym koncertem!

Samo Eluveitie spisało się całkiem dobrze. Brak Anny Murphy i reszty byłych członków był jednak dosyć odczuwalny. Mimo, że zastępująca ją Laura Fella spisała się na medal, to jednak czuć było różnicę. Przez mniejszą ilość spokojniejszych piosenek Eluveitie straciło trochę ze swojego folkowego charakteru - koncert wypadł o wiele bardziej metalowo niż rok temu w Krakowie. Czy to na plus czy na minus? Dla mnie niestety był to lekki minus - zawsze uwielbiałam ten bardziej folkowy charakter jaki miał np. album Evocation I - The Arcane Dominion. Zabrakło też mojej ulubionej Slania's Song, Usłyszeliśmy jednak chyba pierwszy dobry news od czasu odejścia Anny - Chrigel Glanzmann na koncercie wspominał, że powstaje Evocation II. Co prawda takie plotki były już w zeszłym roku, ale może po zmianach w składzie może coś w końcu ruszy w tym temacie.

Ogólnie koncert mogę zaliczyć do udanych. Ale. Zespołowi brakowało pewnej energii i chyba nie jestem jedyną osobą, która odniosła takie wrażenie - widownia była zdecydowanie mało żwawa jak na standardy, do których przywykłam. Może trochę zawinił dzień (niedziela!), może zimowa pora, ale nawet będąc na samym przodzie nie czułam zbytniego rozentuzjazmowania wśród tłumu. Czyli niby dobrze, niby fajnie, ale jednak brakowało pewnej magii, którą niewątpliwie odczuwałam rok temu w Krakowie.

Ciekawi mnie, w którą stronę zabierze zespół Chrigel. Ale o tym przekonamy się dopiero przy ukazaniu się nowego albumu :)


czwartek, 13 października 2016

Co nowego w październiku?

Nowości Polskie

Wodnikowe wzgórze - Richard Adams
Premiera 14.10.2016

Tak, tak, tak!

Bardzo chciałam tę książkę w swojej kolekcji i w końcu będę miała na to okazję. Przepiękna okładka i fantastyczna opowieść o króliczym stadzie. Czego mogłabym chcieć więcej?






Prawodziejka - Susan Dennard
Premiera 12.10.2016

Nie spodziewałam się tak szybkiego wydania tej książki po polsku. Co prawda książka była dosyć popularna, kiedy wychodziła, jednak reakcje były dosyć mieszane. 

Jeśli miałabym być trochę 'salty' to muszę przyznać, że polskie wydawnictwa mają duży talent do wybierania akurat tych, które uważam za średnie. W Prawodziejce mamy typowe fantasy z średnimi i trochę płytkimi postaciami, mgliście zarysowanym światem i miejscami ciągnie się jak guma w majtach. Niestety ja jestem już trochę zmęczona typową fantastyką (z wyjątkami, kiedy książcę udaje się wprowadzić mnie w tryb fangirlingu)



Nowości Angielskie

The Midnight Star - Marie Lu
Premiera 11.10.2016

Zakończenie trylogii o Malfetto. W zeszłym miesiącu udało mi się przeczytać obie poprzednie części. Mimo, że pierwsza była dla mnie strasznym zawodem, druga zdecydowanie podniosła poziom i sprawiła, że chętnie sięgnę po ostatnią książkę, żeby poznać zakończenie trylogii.

Chętnie poznam dalsze losy Adeliny i reszty antybohaterów.





Goldenhand - Garth Nix
Premiera 11.10.2016

Trochę zdziwiłam się widząc zapowiedź tej książki, Było to raczej pozytywne zaskończenie, bo cykl Starego Królestwa bardzo mi się podobał. Mimo, że autor wydał wcześniej prequel, nie spodziewałam się kontynuacji. Goldenhand jest piątą (licząc Clariel) książką cyklu i zarazem kontynuacją Abhorsena.

Dodatkowo - Lirael nadal będzie główną bohaterką, co dla mnie jest dużym plusem - polubiłam ją najbardziej ze wszystkich bohaterów.





Blood Red Snow White - Marcus Sedgwick
Premiera 25.10.2016

Marcus Sedgwick jest na moim radarze odkąd wpadłam na jego inną powieść - The Dark Horse, kiedy poszukiwałam czegoś w klimatach prehistorycznych. Blood Red Snow White

Kolejna książka zajmująca się słowiańszczyzną. Może i jest to ponowne wydanie, ale odczuwam lekki niedosyt po poprzedniej książce w podobnych klimatach (Vassa in the Night, o której wspominałam w poprzednich nowościach) i chętnie sięgnę po pozycję autora, z którym i tak miałam zamiar się zapoznać. No chyba, że najpierw jednak sięgnę po The Dark Horse, który siedzi kupiony na moim Kindle od jakiegoś czasu :)



Hag-Seed - Margaret Atwood
Premiera 11.10.2016

Margaret Atwood nie jest zbytnio popularna w Polsce (feministyczna literatura, która potrafi ten ruch także skrytykować? No przecież nie przejdzie!), dlatego nie spodziewam się dużego szumu wokół tej książki.

Samo Hag-Seed jest częścią większe serii, w której autorzy piszą własną interpretację szekspirowskich szutk (inne książki z tej serii można znalesć tutaj ) W tym wypadku będzie to Burza.






Spare and Found Parts  - Sarah Maria Griffin
Premiera 11.10.2016

Spare and Found Parts ma chyba najciekawszego blurba ze wszystkich wrześniowych premier. Miasto zdziesiątkowane epidemią, gdzie każdemu brakuje jakiejś części ciała. Dodajmy do tego futurystyczny świat, gdzie zakazano zaawansowanej technologii.oraz fabułę obracającą się wokół stworzenia elektronicznego towarzysza. Może i skrzywienie zawodowe, ale ja to kupuje.

Zobaczymy jak zaprezentuje się rezultat końcowy.





Aerie - Maria Dahvana Headley
Premiera 4.10.2016

Aerie to kontynuacja wydanej w zeszłym roku Magonii. Poprzedniczka zaimponowała mi stylem i światem, chociaż sama konstrukcja i bohaterowie nieco kulały. 

Jestem ciekawa jak potoczą się dalsze losy bohaterów, bo zakończenie Magonii pozostawiło wiele możliwości. 






Iron Cast - Destiny Soria
Premiera 11.10.2016

Zakochałam się w okładce tej książki od pierwszego wejrzenia. A jak dodamy do tego, że odbywać się będzie w latach dwudziestych? (jazz age! prawie nigdy nie spotykam tego okresu w książkach) No ja na pewno sięgnę w wolnej chwili.

Jest jeden szkopuł - jest to powieść debiutancka, więc nie mam pojęcia jak wygląda warsztat autorki. Ale w tym roku dawałam szanse o wiele gorzej rokująceym pozycjom, więc zobaczymy jak będzie z Iron Cast.

środa, 5 października 2016

A Torch Against the Night - Sabaa Tahir

Są serie, które kocham ze względu na ich oryginalność. Są też serie, które nie wyróżniają się z pozoru niczym szczególnym - wtedy zazwyczaj moja opinia zależy od wielu czynników, ale w tym wypadku, żeby się wybić, seria musi mieć “to coś”. Zazwyczaj jest to szczegół - albo jakiś element fabuły czy świata, albo wzbudzające sympatię postacie. Są też książki takie jak seria Saby Tahir - książki, które biorą istniejące schematy i łączą je w idealną całość.

Z góry już mogę powiedzieć, że A Torch Against the Night zapewne będzie miało tyle samo fanów, co przeciwników. Jest tu wiele elementów, których nie lubię - mamy trójkąt miłosny, narrację pierwszoosobową ze zmieniającą się perspektywą. Mamy nawet, prawie już obowiązkowy w YA, motyw buntowników. A jednak mimo wszystko, to jakimś cudem działa. Po trochu dzięki dobrej konstrukcji, a po trochu dzięki znakomitemu warsztatowi autorki.

Fabuła zaczyna się w tym samym momencie, w którym skończyła się poprzednia część - śledzimy ucieczkę głównych bohaterów, Lai i Eliasa, a potem ich wędrówkę do Kauf w celu uwolnienia brata Lai. Niesamowicie się wciągnęłam już od pierwszych stron i czytałam w każdej wolnej chwili. Mimo, że jest to środkowa część książka trzyma i suspens, i dosyć szybkie tempo. Nie czułam zupełnie, żeby wydarzenia miały formę zapychacza. Każde wydarzenie albo uchyla nam nieco świata, albo popycha i komplikuje fabułę.

Dodatkowym plusem dla mnie było powolne ukazywanie bardziej fantastycznej strony świata. Tak jak An Ember in Ashes czytało się prawie jak powieść historyczną, tak “A Torch…” jest już zdecydowanie pełnokrwistą fantasy. Jest to wciąż ten sam świat, jednak sprytnie rozwinięto kilka istniejących wątków. Bardzo lubię takie zabiegi, zwłaszcza jeśli są oparte o mitologię (w tym przypadku arabską) 

Tak, jak w poprzedniej części, mamy pierwszoosobową narrację z perspektywy Eliasa i Lai. W “A Torch...” jako narratora dodano jeszcze Helene. Jak dla mnie był to strzał w dziesiątkę - po pierwsze była to zdecydowanie najlepsza postać w części pierwsze, po drugie, dzięki niej mieliśmy wejrzenie na wydarzenia po stronie Imperium. Pod koniec książki trochę jednak żałowałam, że nie dostaliśmy chociażby ukradkowego spojrzenia na narracje od strony Marcusa ( który notabene okazał się całkiem ciekawym antagonistą), ale możliwe, że zobaczymy ją w kolejnych częściach.

I tutaj muszę przyklasnąć autorce, bo udało jej się stworzyć gamę interesujących postaci pobocznych. Jest ich sporo, a każda jest na tyle charakterystyczna, że nie sposób ich pomylić. Mimo, że minęło już trochę czasu odkąd skoczyłam czytać, to nadal doskonale pamiętam większość postaci i ich losy. Tutaj trzeba wspomnieć - Sabaa Tahir potrafi być okrutna i jeśli zbytnio przywiążesz się do danej postaci, powinieneś przygotować sobie pod ręką chusteczki.

“A Torch…” nie jest może pozycja przełomowa, ale łączy wszytko to co powinna mieć książka czytana dla rozrywki - wartką akcje, porządnie nakreślonych bohaterów i dobrze nakreślony świat. Cała seria, mimo, że wykorzystuje dużą ilość schematów, jest warta polecenia jako znakomicie zrealizowane młodzieżowe fantasy. Ja teraz wracam do czekania na kolejną cześć - niestety ma ukazać się dopiero w 2018 roku 


Tytuł: A Torch Against the Night
Seria: An Ember in Ashes
Autor: Sabaa Tahir
Wydanie recenzjowane : HarperVoyager
Wydanie polskie: -


Ocena:

8/10

czwartek, 22 września 2016

Jesienne, wrześniowe nowości

Wpis ździebko spóźniony ze względu na to, że wciągnęły mnie niesamowicie dwie rzeczy wydane pod koniec zeszłego miesiąca. Po pierwsze przewspaniałe A Torch Against the Night, które wessało mnie, zafundowało emocjonalną jazdę i wypluło, pozostawiając z niezłym kacem książkowym. Próbowałam już parokrotnie zabrać się za kolejne książki, ale zazwyczaj wytrzymywałam zaledwie 5 stron, bo myślami wciąż wracałam do "A Torch...". 
No i moje nemesis - 30 sierpnia wyszedł nowy dodatek do Warcrafta i oczywiście siedzę i napierniczam. Jak do tej pory bawię się najlepiej od czasów WoTLKa, więc brawo Blizzardzie, zabiłeś moje życie towarzyskie i inne hobby.
Obiecuję poprawę i już jestem w trakcie pisania recenzji "A Torch...". W planach mam jeszcze recenzję Hyperiona i "A court of mist and fury" (które notabene w międzyczasie zdążyłam przeczytać dwukrotnie)


No, ale nowości nadal śledzę, więc mogę się podzielić tym, na co czekam(albo czekałam, bo tak zwlekałam z tą notką, że wyszło w międzyczasie ^^') we wrześniu.



Nowości Polskie



Pieśni Węży jak nie było tak nie ma, a w polskich wydawnictwach interesujących mnie tytułów jak na lekarstwo. Powoli przypominam sobie, dlaczego po czytaniu nałogowo fantastyki i przerobieniu sporej części klasyki po prostu zabrakło mi interesujących pozycji. Błogosławię fakt, że udało mi się przełamać i zacząć czytać w oryginale, bo chyba znowu straciłabym pasję do czytania.

Warto co prawda wspomnieć, że dwie ciekawe książki otrzymały nowe wydania - Elantris, Brandona Sandersona oraz Autostopem przez Galaktykę, Douglasa Adamsa. Niestety ani jedno ani drugie wydanie zupełnie mi się nie podoba, więc raczej na półce pozostanie moje stare wydanie Elantris, a na drugą jeszcze sobie poczekam.

Szóstka wron - Leigh Bardugo
Premiera 28.09.2016


Tak, tak, tak! Co prawda zabieram się do tej książki jak pies do jeża (winię tutaj poprzednią serię pani Bardugo, która mocno mnie miejscami zawiodła), ale takiego wydania (twarda okładka! i ta piękna oficjalna grafika) nie mogę zignorować. Magu oficjalnie wybaczam Ci za okładki Robin Hobb i nową okładkę Elantris. 

Trochę boję się hype'u otaczającego Szóstkę Wron, ale ostatnio popularne książki po które się sięgałam ("An Ember in Ashes" ot chociażby) mnie nie zawiodły.  Zwłaszcza, że "Szóstka..." z tego co wiem idzie w bardziej dojrzalszą stronę niż to robiła poprzednia seria Leigh Bardugo.

Może w końcu uda mi się przeczytać o tym jak tytułowa Szóstka Wron przeprowadziła napad stulecia.



Nowości Angielskie



Kingdom of Ash and Briars - Hannah West
Premiera 15.09.2016

Przesunięta premiera sierpniowa. Była to jedna z bardziej wyczekiwanych przeze mnie książek.

Uwielbiam retellingi a połączenie Kopciuszka, Śpiącej Królewny, Mulan i Jane Austen zdecydowanie może być tym co może przypaść mi do gustu.

Szkoda tylko, że nie ma na razie wieści o wersji na Kindle i dostępna będzie tylko w twardej oprawie.





Revenger - Alastair Reynolds
Premiera 15.09.2016


Space opera od jednego z lepszych autorów tego gatunku. Po Hyperionie mam straszną chrapkę na większą dozę science fiction. Co prawda czeka mnie jeszcze "Upadek Hyperiona", ale chętnię sięgnę po opowieść o przygodach na kosmicznym statku.

Blurb przypomina mi tradycyjną powieść przygodową o marynarzach. Z tą różnicą, że w kosmosie. 





The Queen of Blood - Sarah Beth Durst
Premiera 20.09.2016


Mimo, że tytuł brzmi generycznie (bo ile to już mieliśmy Królowych ostatnimi czasy?), to sam pomysł na świat jest intrygujący.

Mam szczególny sentyment do książek, w których dużą rolę odgrywają natura, czy druidyzm, dlatego mam spore oczekiwania co do świata, którym rządzą duchy natury. Zwłaszcza, że dostaniemy to z ciekawym twistem - duchy mają dążyć do zniszczenia ludzkości.

Zobaczymy jak autorka zaprezentuje to w książce i czy podoła z innymi elementami, bo sam koncept jest zacny.




Vassa in the Night - Sarah Porter
Premiera 20.09.2016

Powieść oparta na rosyjskiej baśni - jak dla mnie jedno wielkie "TAK". Niezmiernie cieszy mnie ilość powieści inspirowanych słowiańskim folklorem czy kulturą, wychodzących ostatnimi czasy. Co prawda poziom jest różny i zdarzają się powieści, gdzie bohaterowie chodzą upojeni kwasem chlebowym (heh), jednak jeśli dzięki temu będziemy otrzymywać takie perełki jak Wybrana Naomi Novik, czy And I Darken nie będę narzekać.

Zobaczymy jak Sarah Porter poradzi sobie z tradycyjną słowiańską baśnią.




Three dark crowns - Kendare Blake
Premiera 20.09.2016


Niby typowe YA, ale rzadko kiedy otrzymujemy powieść, w której głównym elementem są relacje pomiędzy rodzeństwem. Nawet jeśli taki wątek istnieje zazwyczaj jest pokazany jedynie jako tło.

W powieści Kendare Blake jako główne bohaterki otrzymamy trzy, rywalizujące ze sobą, siostry. Jestem ciekawa, czy autorce uda się stworzyć ciekawą dynamikę między nimi, bo zdecydowanie widać potencjał.





A Shadow Bright and Burning - Jessica Cluess 
Premiera 20.09.2016

Przyznaję, że jedynym powodem, dla którego interesuje mnie ta powieść jest fakt, że rozgrywa się ona w czasach wiktoriańskich. Blurb brzmi baaaardzo typowo. Pierwsza czerwona z mocami przywoływaczka słońca wpisz losowy specjalny płatek śniegu kobieca czarownica to raczej to nie jest szczególnie oryginalny koncept.

Mam jednak nadzieję, że książka obroni się klimatem lub postaciami.





Crooked Kingdom - Leigh Bardugo
Premiera 27.09.2016

W Polsce w tym miesiącu wychodzi pierwsza część, a dokładnie dzień wcześniej dostajemy angielską kontynuację. Patrząc na tę okładkę cieszę się bardzo, że w Polsce "Szóstka..." otrzymała zagraniczną okładkę. Jeśli Mag wyda "Crooked Kingdom" z tą okładką, to będą pięknie prezentować się na półce <3








Bright Smoke, Cold Fire - Rosamund Hodge
Premiera 27.09.2016


To będzie moje trzecie podejście do twórczości Rosamund Hodge. O dziwo, jej retelling Pięknej i Bestii - Cruel Beauty nie przypadł mi do gustu. Mimo wspaniałego świata (chyba najlepszego o jakim czytałam w tym roku!)  i porządnej historii, całość wypadła płasko.

Pani Hodge ma niesamowity talent jeśli chodzi o tworzenie światów, ale nieco kuleje u niej kreacja postaci. Poprawiło się to nieco w Crimson Bound, więc zobaczymy czy kolejna powieść da sobie radę ;)

poniedziałek, 5 września 2016

My Lady Jane - C. Hand, B.i Ashton, J. Meadows


Szukasz krwawej i wiarygodnej powieści historycznej? 
My Lady Jane zdecydowanie nie jest dla Ciebie. Autorki zapożyczają wydarzenia historyczne, bawiąc się konwencją, zmieniając i przekształcając je w fantastyczną opowieść umiejscowioną w Anglii podczas ostatnich dni władania Edwarda VI. Opowieść nie tyle o krwawej walce o tron i konflikcie między kościołem anglikańskim i katolickim co o miłości, przyjaźni oraz… koniach. I lisach. I całym spektrum zmiennokształtnych postaci.

A może szukasz dramatycznej, łamiącej serce opowieści? 
Tego też tutaj nie znajdziesz. Jedyne problemy i dramatyzm wynika z potrzeby popchnięcia fabuły naprzód. 

Ta książka jest tym, czym jest i nie udaje niczego innego. To lekka niczym wata cukrowa, zabawna powieść fantasy pełna angielskiego, miejscami czarnego, humoru, gier słownych, nakrapiana romansem. 

Sięgnęłam po My Lady Jane, kiedy potrzebowałam się odstresować. To jest książka, po którą sięga się, żeby odprężyć się po ciężkim dniu, odegnać smutki, bądź wtedy kiedy po prostu potrzebujesz lekko sarkastycznej, pełnej nadziei historii.

I właśnie w takim kontekście spełnia swoją rolę idealnie. Sprawiła, że rżałam jak koń (przepraszam Giffordzie, więcej końskich żartów nie będzie!) tyle razy, że nie dałabym rady tego zliczyć. A kiedy o 1 w nocy wybuchasz śmiechem… No cóż, wybaczcie mi domownicy!

To dużo mówi o tej książce, biorąc pod uwagę, że wszystkie postacie, których punkt widzenia śledzimy, dosłownie, straciły głowy albo umarły na gruźlicę. Osobiście mam dosyć specyficzny typ humoru. Z jednej strony głupota amerykańskich komedii sprawia, że przewracam oczami z zażenowania, z drugiej humor monty pythonowski jest dla mnie za ciężki. My Lady Jane wstrzeliła się idealnie, jak dla mnie, w środek z dobrym umiejscowieniem czarnego humory, zabawnych konfrontacji i gier słownych.

Postacie są tak jak książka - lekkie i zabawne. Ich dynamika niesie linię fabularną z jednego komicznego punktu do drugiego. Ale czy można odmówić uroku scenie, w której Jane dowiaduje się, że jej świeżo poślubiony mąż to koń? Albo kiedy G zamyka swoją żonę w klatce, żeby nie musiała walczyć z niedźwiedziem? Ja nie potrafiłam.

Fabuła jest solidna, choć niezbyt skomplikowana. Toczy się wartko i bardzo łatwo się wciągnąć. To dodatkowy atut biorąc pod uwagę, że była pisane przez trzy osoby. Mam wrażenie, że każda postać z której perspektywy była narracja była pisana przez inną autorkę. Ciężko jednak to stwierdzić, bo wszystkie napisane są w podobnym stylu. I tak samo dobrze.

Serce podpowiada mi, żeby dać 10/10, jednak wiem, że nie jest to książka bez skazy. Mimo wszystko jest to książka płytka i odrobina głębi postaci nie zaszkodziłaby w ogólnym odbiorze. Polecam zdecydowanie, jeśli szukasz lekkiej, humorystycznej i mało wymagającej lektury.


Tytuł: My Lady Jane
Seria: -
Autor: Cynthia Hand, Brodi Ashton, Jodi Meadows
Wydanie recenzjowane : HarperTeen
Wydanie polskie: -

Ocena:

8/10

piątek, 26 sierpnia 2016

Zgnilizna - Siri Pettersen



Siri Pettersen udało się coś niebywałego - jej książkom dwukrotnie udało się zawieść moje oczekiwania i to na zupełnie innych polach. Nie oczekiwałam po tej książce cudów - pierwsza część była raczej schematyczna, wydanie wyglądało tak, jakby korektor go na oczy nie widział, a bohaterowie nie byli zbyt dobrze nakreśleni. Jedyne co, jak dla mnie, ratowało Dziecko Odyna to całkiem fajny świat, z dużą ilością nawiązań do nordyckiej mitologii. Niestety, tak jak Rebisowi udało się zapędzić w końcu swojego korektora do pracy, tak reszta reszta nadal kuleje, a świat zatracił trochę z swojego północnego charakteru.

Pani Pettersen pod względem pisania przypomina mi nieco Trudi Canavan - nie piszą one książek najgorszych pod słońcem, jednak nie ma w nich nic specjalnego i nie wybijają się pod żadnych względem ponad średnią. Są przeciętne, a jakimś cudem wydawnictwom udaje się zgromadzić rzeszę fanów wychwalających je pod niebiosa. I nie chodzi tu nawet o braki warsztatowe (lubię je wytykać, ale nigdy nie uznaje tego za rzecz najważniejszą), ale w ich opowieściach brakuje pewnej iskry. W ich światach brak głębi i czytając, czuję się, jakbym konsumowała stare, odgrzewane danie.

Bardzo podobały mi się nawiązania do mitologii nordyckiej w pierwszym tomie. Liczyłam, że w Zgniliźnie dostaniemy podobny klimat. Niestety wątek Hirki mocno odciął się od tych klimatów serwując nam coś w stylu urban fantasy. Wątek Rime’go w Ym był zdecydowanie za krótki, żeby w jakikolwiek sposób to odczuć. Przez dodanie kolejnego świata, który, niestety, nie był aż tak interesujący jak Ym konstrukcja nieco się rozmyła. W tym drugim świecie, opartym na naszym, brakowało właśnie nordyckich smaczków, jakiegokolwiek nawiązania do Ym, czy mitologii. Wyszło przez to trochę nijako, bo świat nie wyróżniał się niczym. Dodatkowo brak różnic między naszym światem, a tym który odwiedziła Hirka, sprawił, że autorka trochę po macoszemu potraktowała jego kreację, przyjmując chyba, że czytelnik domyśli się z czym ma do czynienia

Fabuła podzielona była dwa wątki - ten dziejący się na Ziemi i ten w Ym. Tak jak całkiem przyjemnie śledziło mi się wątek w naszym świecie, tak wątek Rimego to chyba jeden z najgorszych wątków politycznych jakie czytałam. Sprowadzenie Rimego do osoby furiata z obsesją, postacie poboczne zachowujące się nielogicznie i po prostu głupio, wydarzenia, których ciąg przyczynowo-skutkowy nie miał żadnego sensu. Niestety niejednokrotnie przewracałam oczami czytając o dalszych losach Mannfali. Miałam też wrażenie, że sama autorka za mało interesuje się polityką, by stworzyć coś co nie wyszłoby naiwnie, nawet gdyby zignorować wątpliwą logikę.

Nie podobały mi się też rewelacje związane z pochodzeniem głównej bohaterki. Nie jestem jakąś ogromną przeciwniczką ‘specjalności’ wśród postaci, jeśli nie jest to wymuszone i wprowadzane na siłę. Tutaj niestety tak było. Moim zdaniem wystarczyłoby, gdyby Hirka była tylko i wyłącznie Dzieckiem Odyna...

Co do Rime  -już w pierwszej części wydał mi się postacią nieco płaską. Nadrabiał to jednak  fabułą swojego wątku, która była o wiele ciekawsza od reszty. W Zgniliźnie zarówno zmiany w jego charakteryzacji i wątek wypadły koszmarnie. Motywacja Rimego została sprowadzona do: myślenia o Hirce, napadów furii i narzekania jaka to Rada jest zła. Jego dziecinne zachowanie i zaślepienie w swojej “miłości” powodowały, że miejscami miałam ochotę nim mocno potrząsnąć. Nie mam też pojęcia co miało na celu (SPOILER) przyprowadzenie go do innego świata w drugiej części Zgnilizny. Nie wniosło to do fabuły dosłownie nic poza naiwnym i sztucznym dramatyzmem i zidioceniem wątku prowadzonego w Mannhalli. Wszyscy dają się omotać nastolatkowi, który nie radzi sobie z gniewem i myśli chyba tylko i wyłącznie własnym członkiem. Naprawdę?

Najgorsze jednak to, że podczas lektury nie obchodził mnie los postaci. Tak jak wcześniej czułam sympatię względem Rimego i Hirkę, tak w drugiej części nie zależało mi na ich losie. Rime mnie irytował swoim idiotyzmem i egoistycznym podejściem. Hirkę polubiłam, jednak jej zapatrzenie w siebie i ślepa miłość miejscami mnie odpychały. Podobały mi się natomiast postacie dwóch braci, którzy wypadli chyba najlepiej ze wszystkich. Okazali się mieć na tyle dynamiki, że udało się im mnie w pewnym momencie pozytywnie zaskoczyć.

Nie mogę z lekkim sercem polecić tej powieści. Jeśli wiesz w co się pakujesz - w przeciętne fantasy z wieloma wadami. Może się spodobać, jeśli nie przeszkadza Ci szablonowość i brak świeżości. Ja po ostatnią część sięgnę tylko dlatego, że lubię kończyć to co zaczęłam.

Tytuł: Zgnilizna
Seria: Krucze Pierścienie
Autor: Siri Pettersen
Wydanie recenzjowane : Rebis
Wydanie polskie: Rebis


Ocena:

5/10