piątek, 5 maja 2017

Majówkowy anglojęzyczny stosik

Dzisiaj miała być recenzja A Court of Wings and Ruin. Niestety zmęczenie "popodróżowe" dało mi się we znaki - od środy padam na łóżko kiedy tylko wchodzę do domu i jestem dopiero w połowie książki. 

Majówkę spędziłam w Anglii - i oczywiście musiałam przytachać z powrotem ze sobą książki (i nie tylko). Trochę żałuję, że nie przywiozłam jeszcze więcej, ale moje plecy i waga na lotnisku zdecydowanie stwierdziły, że wzięłam dość.

Po powrocie zdałam sobie sprawę, że mogłam złożyć wcześniej zamówienia i spokojnie odebrać interesujące mnie książki (wyszłoby taniej). Jednak chodzenie po londyńskich księgarniach, szperanie i wyjście poza sztywną listę zakupową miało zdecydowanie swój urok.  Tak więc nie kupiłam wszystkiego czego chciałam, ale i tak jestem zadowolona.


Co książkowego kupiłam?

Kiedy zdałam sobie sprawę, że będę w UK w dzień wydania ostatniego tomu Dworu Cierni i Róż, wpadłam w euforię. Byłam gotowa, żeby biegać za  ostatnim tomem A Court of Wings and Ruin po calutkim Londynie. Na szczęście udało mi się tę książkę dorwać w pierwszej księgarni w jakiej zawitałam (Waterstones przy Oxford Street), więc nie musiałam robić maratonu. Jak już wspomniałam na początku - jestem w połowie i jak na razie trzyma wysoki poziom :)

Passenger i Wayfarer autorstwa Alexandry Bracken - w sumie dosyć spontaniczny zakup. Seria jest na mojej liście "chcę przeczytać", jednak nie jakoś specjalnie wysoko. Zaczęłam czytać Passengera będąc w pociągu do Londynu i jak na razie jestem pod pozytywnym wrażeniem.

Książka, której w sumie nie miałam nawet na liście do przeczytania, ale jednak kupiłam, czyli - Illuminae. Nie byłam i nie jestem fanką formy, w której jest napisana (wycinki listów, dzienników), mimo to kiedy wzięłam ją do ręki bardzo zauroczyła mnie pod względem graficznym. Jako ebook nie dałabym rady jej czytać, grafiki byłyby zbyt męczące dla oczu, ale może wersja papierowa zda egzamin :) Trochę żałuję, że nie kupiłam od razu drugiej części - Iluminae znalazłam w ostatniej księgarni, którą odwiedziłam, a Geminę widziałam w drugiej i trzeciej, nie miałam już czasu po nią wrócić.

Nie byłam szczególnie zachwycona Rebel of Sands Alwyn Hamilton, ale druga część - A Traitor to the Throne, mnie oczarowała (powoli zaczynam podejrzewać, że mam jakiś fetysz drugich części - najpierw A Gathering of Shadows, potem ACOMAF, teraz to...). Dlatego jak zobaczyłam te piękne okładki na półce, musiałam je obie kupić.

Kolejnym dosyć niespodziewanym zakupem było All the Birds in the Sky. Nie sądziłam, żę znajdę gdziekolwiek tę książkę, bo popularna raczej nie jest. Zainteresował mnie kiedyś jej blurb - wygląda jak dziwna mieszanka science fiction, fantasy i magicznego realizmu. Może wersja papierowa w końcu jakoś zmobilizuje mnie do sięgnięcia po nią.

Ostatnią książką jest Heartless Marissy Meyer. Kupiłam ją z dwóch powodów - raz, bo oprócz niej mam wszystkie książki tej autorki, dwa muszę ją przeczytać jeszcze raz. Kiedy czytałam ją zaraz po premierze miałam mieszane uczucia. Jednak mam wrażenie, że mój krytycyzm wynikał bardziej z innych powodów niż sama książka, więc chciałam dać jej jeszcze jedną szansę.



Przy okazji, pochwalę się też stosikiem, który zamówiłam z okazji dnia książki :)


Dwie powieści Jane Austen akurat z okzji mojego wyjazdu do Anglii (no i w końcu muszę nadrobić klasykę!). 

Królestwo Kancierzy - nie mogę się doczekać, żeby w końcu to zacząć, Szóstka Wron była świetna i pełna wartkiej akcji. Nawet przez chwilę zastanawiałam się, czy nie zabrać się za to przed ACOWAR, ale jednak moje uwielbienie do Rhysanda wygrało :D (wybacz Kaz!).

Oryks i Derkacz, Margaret Atwood - w ramach świętowania ekranizacji Opowieści Podręcznej.

I na koniec Cesarz Ośmiu Wysp, Lian Hearn. Bardzo podobała mi się seria o rodzie Otorich tejże autorki, a powoli kończę Królów Dary i nadal mam ochotę na dalekowschodnie klimaty. 


Tak swoją drogą - jeśli jeszcze raz gdzieś przeczytam, że "książki w Polsce są tanie" to bardzo się zdenerwuję. Ceny okładkowe mamy na poziomie tych brytyjskich (6-9 funtów za paperbacki czyli przy obecnym kursie 30 - 45 złotych, u nas 35+ to już norma), zniżki przy zakupie internetowym tak samo jak u nas. Coś czuję, że gdyby nie koszty wysyłki, to zaprzestałabym kupowania polskich wydań zupełnie.


Oprócz książek musiałam oczywiście przywieźć coś sobie z The Body ShopLush i Kat von D. Do Victoria's Secret trafiłam przypadkiem kiedy szukałam Waterstones na Oxford Street i poszłam w odwrotną stronę. No i niestety nie wyszłam z pustymi rękami. Tak samo z River Island. Usprawiedliwiam się tym, że nic z tego co kupiłam nie można dostać w Polsce (albo jest sporo droższe), a ja najpewniej nie będę miała okazji do jakiegokolwiek wyjazdu do końca tego roku. A do zakupów książkowych i tak zawsze wykorzystuje księgarnie internetowe :D



czwartek, 16 marca 2017

A Conjuring of Light - V.E. Schab

Jestem mocno rozdarta jak powinnam ocenić tę książkę i bardzo ciężko jest mi się do niej ustosunkować. Był to jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie tytułów w tym roku i dosyć mocno się zawiodłam. Po pierwsze po bardzo dobrym tomie drugim spodziewałam się czegoś lepszego - moim zdaniem ostatnia książka to był zdecydowanie krok w tył. Pod wieloma względami - min. jeśli chodzi o rozwój postaci czy rozwiązania fabularne, jest nawet gorsza od pierwszej części serii. Po drugie w książce zabrakło klimatu. Nadal mamy Londyn, nadal mamy magię, ale brakowało rozwinięcia wątków w innych światach. Druga część też rozgrywała się głównie w Czerwonym Londynie, skupiła się jednak bardziej na postaciach i kreowaniu świata, przez co bardziej czuć było specyficzny klimat. Po trzecie, przez większość czasu miałam przeczucie, że cała fabuła to jeden wielki zapychacz. Ostatnia część mocno skupia się na akcji koncentrującej się na czarnym charakterze bez znaczącego tła fabularnego, zamiast skupić się bardziej na rozwinięciu istniejących już wątków i satysfakcjonującym podsumowaniu trylogii.

Mroczniejszy Odcień Magii oraz A Gathering of Shadows pochłonęłam bardzo szybko, jednak miałam niemały problem, żeby wgryźć się i skończyć ostatnią część serii. A kiedy wręcz siłą muszę się zmuszać, żeby przeczytać kolejną stronę w książce opartej na akcji? To nie jest dobry znak. Dużą winę widzę w bardzo nierównym i źle rozplanowanym tempie akcji. Przez to, że druga część zakończyła się sporym cliffhangerem, kolejna część zaczyna się w punkcie kulminacyjnym. Ten zabieg sprawia, że zamiast stopniowego budowania napięcia, po szybkim początku, tempo akcji mocno zwalnia. Był to jeden z głównych powodów dlaczego ciężko było mi się wciągnąć i miałam duże problemy, żeby po odłożeniu do książki wrócić. Przez brak napięcia prawie w ogóle nie ciekawiło mnie co będzie dalej.

Kolejnym problemem są bohaterowie. Tak jak A Gathering of Shadows wspaniale rozwinęło niektóre postaci, tak kolejna część zupełnie ten aspekt zignorowała (no, może z wyjątkiem Hollanda). Jest to całkiem zabawne biorąc pod uwagę, że autorka wielokrotnie w książce chce wywołać emocje w czytelniku poprzez śmierć pewnych postaci pobocznych.  Ale jak taki zabieg ma wywołać reakcję u czytelnika, skoro ledwo co je znaliśmy? 

Główny czarny charakter jest po prostu nudny. Serio, Ostaron to chyba jeden z najgorszych antagonistów o jakich czytałam ostatnimi czasy. Jest płaski, nie ma właściwie żadnej motywacji poza prozaicznym dążeniem do potęgi. Prawie nic nie wiemy na jego temat, nie ma żadnego punktu zaczepnego, żadnej głębi, niczego z czym czytelnik mógłby się utożsamiać. Ot, kolejny wielki zły, który jest zły i niedobry, bo TAK. Miejscami miałam wrażenie, że został wprowadzony tylko po to, żeby bohaterowie mieli przeciwko komu walczyć. Łączy się to trochę z faktem, że nie rozwinięto praktycznie wcale wątków innych światów, a myślę, że byłaby to idealna okazja, żeby dać Ostaronowi jakieś dodatkowe tło. 

Lila w ostatniej części mnie mocno irytowała. Bardziej przypominała siebie z Mroczniejszego Odcienia Magii, niż Lilę, którą polubiłam w A Gathering of Shadows. Bardzo denerwowało mnie, miejscami wymuszone, kreowanie jej jako typowej ‘bad girl’. Zwłaszcza w chwilach kiedy jej moralność była wątpliwa, a Lila nigdy nie poniosła z tego powodu żadnych konsekwencji (jedynie zostało jej to wypomniane przez Hollanda, ale inne ‘dobre’ postaci całkowicie to ignorują). Dodatkowo, nie wierzę, że to powiem (a na początku to był mój OTP!) , ale moim zdaniem wątek romantyczny pomiędzy nią a Kellem był zbędny. W pierwszej i drugiej części było pomiędzy nimi sporo chemii, ale w ostatniej części czułam jakby sceny między nimi były wymuszone i trochę nijakie (na szczęście Rhy i Alucard nadrabiali!)

Sam Kell był poprowadzony w porządku. Dosyć mocno wpadał w schemat typowego heroicznego bohatera fantasy, ale nie umniejszało to w żaden sposób jego postaci. Jedyne co mnie zirytowało to fakt, że, pomimo nie poznaliśmy jego pochodzenia. A patrząc na to, że zakończenie jest bardzo otwarte? Widać, że autorka zostawia sobie furtkę, żeby napisać kolejne historie w tym świecie. 

Alucard był zdecydowanie mniej zaakcentowany w tej części. Jasne, mieliśmy jego utarczki z Kellem i  trochę dramy z Rhy, ale trochę brakowało tego zadziornego kapitana i jego interakcji z Lilą, które widzieliśmy w części drugiej. 

Za to naprawdę podobało mi się co autorka zrobiła z postacią Hollanda. Pani Schwab udało się stworzyć ciekawego antybohatera, któremu łatwo współczuć, nawet jeśli się z nim nie do końca zgadzało. W sumie zakończenie jego wątku to jedyne, które stuprocentowo przypadło mi do gustu. Jest to zdecydowanie moja ulubiona postać w tej książce.

Sam styl pisania pani Schwab jest jak zwykle bez zarzutu - bardzo podoba mi się jak pracuje ona ze słowem. Jest barwnie i lekko ironicznie, ale jednocześnie lekko. Niestety sam warsztat nie uratuje książki, jeśli wydarzenia ciągną się i są pozbawione logiki (nadal nie mogę zrozumieć czemu pewne postaci zdecydowały się skonfrontować Ostarona i po prostu... umarły? tak o? mimo, że wiedziały, że nie mają szans?) Dodajmy do tego, że zakończenie to typowa deus ex machina no i mamy fabularny bubel. Autorka trochę za bardzo skupia się na tym, żeby przeć z akcją do przodu, a zapomina wyjaśniać zasady i budować mitologię swojego świata przez co sama siebie zmusza do używania pewnych niefajnych schematów.

Nierówne tempo akcji, słaby czarny charakter i miejscami nielogiczne rozwiązania fabularne sprawiły, że A Conjuring of Light jest, moim zdaniem, najgorszą częścią serii. Jest mi bardzo przykro z tego powodu, bo oczekiwania miałam dosyć spore. Dobrze było znowu spotkać się z tymi postaciami, ale miałam nadzieję, że spotkanie będzie przyjemniejsze. Po skończeniu tej książki byłam bardzo zła, bo jestem przekonana, że część ciekawych wątków pozostała nienaruszona tylko dlatego, że autorka planuje sequel. Nie zrozumcie mnie źle, bardzo ucieszę się jeśli dostaniemy kolejną serię (zwłaszcza jeśli będzie choć trochę zbliżona poziomem do A Gathering of Shadows), tylko czemu odbywa się to kosztem jakości tej książki?


Tytuł: A Conjuring of Light
Seria: Odcień Magii
Autor: V.E. Schwab
Wydanie recenzjowane : Tor Books

Wydanie polskie: -
Ocena:

 5+/10


wtorek, 3 stycznia 2017

Czytelnicze podsumowanie 2016

Ah, ten 2016. Wszyscy na niego narzekają - straciliśmy wiele ikon kulturalnych, zdarzyło się wiele złego. Dla mnie samej był to dosyć ciężki i szalony rok w życiu osobistym. Na tyle popieprzony, że zawierał w sobie zarówno największy życiowy dołek jak i okres kiedy w końcu poczułam się szczęśliwa i spełniona (pomimo pewnych rozterek, nigdy nie czułam się tak dobrze sama ze sobą). Z plusów tego roku na pewno zaliczę założenie bloga. Mimo, że mało kto mnie czyta, to jednak pisanie działa na mnie mocno inspirująco i relaksacyjnie :)

Jeśli chodzi o czytelnictwo i ogólną konsumpcje kulturalnych smakołyków, to był to dla mnie dobry rok - po raz pierwszy od 5 lat udało mi się skończyć wyzwanie 52 książek, powynajdowałam parę interesujących seriali (Stranger Things - moje odkrycie serialowe!), obejrzałam kilka wspaniałych filmów (Łotr 1, Doctor Strange).

Kończąc wywody, chciałabym przybliżyć książki, które otrzymały ode mnie wysokie noty w tym roku.

Najlepsze książki w 2016
Książka roku - Dwór Mgieł i Furii - Sarah J. Maas
A więc zaczniemy od książki, po której nie spodziewałam się, że zostanie moją książką roku. Raz, że za Szklanym Tronem (druga seria pani Maas) nie przepadam, dwa, że pierwszy tom serii był, co prawda, przyjemny, ale przeciętny pod wieloma względami. Kontynuacja mnie zaskoczyła i zbiła z nóg. Drugi tom jest o wiele bogatszy niż pierwszy, nie skupia się tak bardzo na wątku romantycznym, więcej w nim intryg i rozwoju postaci. A sam wątek romantyczny... no cóż sprawił, że fangirlowałam jak za czasów liceum ( a to ostatnimi czasy rzadko kiedy mi się zdarza! :D) Może obiektywnie nie była to najlepsza książka w 2016, ale dostałam ją w swoje łapki dokładnie wtedy kiedy potrzebowałam takiej historii - o tym, że można się podnieść nawet kiedy zostałeś złamany, o tym, że można kochać prawdziwie, ale ta miłość może kiedyś się skończyć. Kiedy sama mam ciężkie okresy właśnie takie książki czyta mi się najlepiej - wciągające, inspirujące i z silną, nieirytującą bohaterką. A jako, że w 2016 miałam takich okresów sporo, ACOMAF zdążył zaliczyć już 3(!) ponowne przeczytania. Polecam, polecam i jeszcze raz polecam!

Najlepsza klasyka - Hyperion - Dan Simmons
Do przeczytania Hyperiona zbierałam się prawie pięć lat, jak przysłowiowy pies do jeża. Przez cały czas wydawało mi się, że będzie to typowe twarde science fiction, na które rzadko kiedy mam tak na prawdę ochotę. A to nie miałam akurat humoru, a to znalazło się coś nowszego. W końcu jednak przysiadła i muszę przyznać, że Hyperion mnie pozytywnie zaskoczył. Nie ze względu na to, że faktycznie jest to książka pod wieloma względami wspaniała. Zaskoczyło mnie to, że pomimo tego science fiction jest to książka niezwykle liryczna. Zabawy formą, dużo odwołań literackich, świetny język. Już po parudziesięciu stronach byłam praktycznie pewna, że autor posiada wykształcenie związane z literaturą piękną. To nie jest typowe hard sci-fi, a sam gatunek wydaje się być tylko i wyłącznie wymówką do zabawy literackiej i dyskusji na temat przeznaczenia i człowieczeństwa. Niesamowita książka i chyba jeśli miałabym wskazać jakąkolwiek pozycję, która mogłaby spodobać się osobom, które kręcą nosem na "brak ambitności" w fantastyce, to zdecydowanie byłaby to opowieść o Dzierzbie

Najlepsza kontynuacja - A Gathering of Shadows - V.E. Schwab
Nie mogło tutaj zabraknąć kontynuacji, która była w stanie poprawić wszystkie błędy swojej poprzedniczki. Była to podobna sytuacja do Dworu.. - w obu przypadkach pierwsza część była, moim zdaniem, średnia. Jednak tak jak Sarah J. Maas w drugiej części stworzyła coś zupełnie innego, tak A Gathering of Shadows kontynuował w podobnym tonie do swojej poprzedniczki, naprawiając jednak prawie wszystkie przewinienia.

Dłuższe przemyślenia tutaj.

Najlepsza seria - An Ember in the Ashes - Sabaa Tahir
Tak wiem, to nie jest najlepsze, najbardziej ambitne młodzieżowe fantasy jakie stworzono. Ale właśnie w tym tkwi urok i siła tej serii. Może nie jest najlepsza, ale wszystkie aspekty są w niej co najmniej dobre, a poziom, jak do tej pory, zadziwiająco równy. Całość, mimo wykorzystania wielu utartych schematów, czyta się dobrze, dzięki przemyślanej i spójnej konstrukcji i kunsztowi pisarskiemu autorki. Dodajmy do tego całkiem fajny świat i budzących sympatię bohaterów a otrzymamy wciągającą na parę wieczorów serię.

Dłuższa recenzja drugiego tomu serii tutaj.


Honorable mention - Cykl Niezwyciężona (The winner's trilogy) - Marie Rutkoski 
Seria, która zaczęła się słabo, ale z każdym kolejnym tomem stawała się coraz to lepsza. Z początku typowe nastoletnie romansidło, w drugim tomie rozwinęło swoje skrzydła skupiając się na politycznych intrygach. Tom trzeci - The Winner's Kiss, na GR otrzymał ode mnie zasłużone pięć gwiazdek za wspaniałe pełnokrwiste fantasy, które nie bało się trudnych, czy też nieszablonowych rozwiązań. Jest to jedna z tych serii, które bezsprzecznie były dobre, ale bałabym się jednoznacznie komuś polecić. Jeśli ktoś lubi romanse, może zanudzić go wartka akcja i polityczne intrygi kolejnych części. Jeśli ktoś woli to drugie - no cóż, chyba ciężko będzie go przekonać do tej serii po dosyć schematycznym pierwszym tomie. Jednak, mimo wszystko, jest to jedna z moich ulubionych serii ostatnich dwóch lat.

Najlepsza kreacja świata - Crimson Bound - Rossamund Hodge
W tym roku miałam przyjemność czytać dwie książki, które wyszły spod pióra Rossamund Hodge - Cruel Beauty, mimo, że zachwycała światem, mocno mnie zawiodła pod względem bohaterów i fabuły - wynudziłam się strasznie i musiałam się praktycznie zmuszać, żeby skończyć. Na szczęście dałam drugą szansę i Crimson Bound spisał się zdecydowanie lepiej od poprzedniczki - o wiele bardziej przypadli mi do gustu zarówno bohaterowie, jak i sam wątek fabularny (A może po prostu miałam już dość wątku pięknej i bestii..). Autorka ma niesamowity talent do wyciągania najciekawszych elementów mitologicznych lub baśniowych i tworzenia z nich mrocznych, pokręconych światów. Jest to element, dla którego na pewno sięgnę po kolejne książki.
pierwsza z nich

Książki, przy których się popłakałam
W tej kategorii znalazły się dwie pozycje. Pierwszą z nich jest wspaniałe And I Darken autorstwa . Alternatywna wersja opowieści o Vladzie Tepesie porwała mnie i chwyciła za serce. Przy ostatnich stronach płakałam jak bóbr (a trzeba wspomnieć, że to dopiero pierwszy tom!)
Kiersten White


Druga książka to jedno z wielkich zaskoczeń tego roku - sięgnęłam po nią zupełnie przypadkiem, dzięki jednej z pozytywnych recenzji na Goodreads. The Passion of Dolssa  autorstwa  Julie Berry. Książka niespodziewanie ambitna i mimo, że klasyfikowana jako młodzieżowa, spokojnie odnalazłaby się wśród literatury pięknej skierowanej dla dorosłych. Nie ma tutaj ani romansu(tytuł nawiązuje raczej do Pasji chrystusowej), ani fantastyki. Jest to smutna, ale jednocześnie niezwykle piękna i wciągająca opowieść o inkwizycji w XIII wiecznej Prowansji. Niejednokrotnie chwyciła mnie za serce, a ostatnie sto stron nie byłam w stanie przeczytać za jednym posiedzeniem. 

Książki, o których warto wspomnieć, bo były po prostu dobre
Za wspaniałą, ciepłą i pełną absurdu opowieść o zmiennokształtnych koniach - My Lady Jane . Była to zdecydowanie najlepsza książka komediowa jaką czytałam w tym roku. Pełna recenzja tutaj.

Za ciekawe połączenie rosyjskiej baśni i współczesnego magicznego realizmu - Vassa in the Night. Jest to jedna z tych książek, względem których nie jestem pewna czy będę ją kochać czy też nienawidzić. Na szczęście skończyło się na tym pierwszym.

Za najlepszą akcję, wartką fabułę i wzbudzające sympatię postaci - Szóstka Wron. Piękne wydanie od Maga skrywało jedną z lepszych książek wydanych w tym roku na polskim rynku :)

Za wzruszający obraz przemian w Afganistanie - Tysiąc Wspaniałych Słońc. Moim skromnym zdaniem książki Khaleda Hosseiniego powinny być lekturą obowiązkową dla wszystkich krzyczących o "wyrzucaniu kebabów".

Za najciekawszy system magiczny i szeroką gamę kobiecych bohaterek - The Queen of Blood.

Oraz po prostu za solidną, krwawą fantastykę w nordyckich klimatach - Pół króla.


poniedziałek, 26 grudnia 2016

Koncertowo - Eluveitie - Katowice 18.12.2017


W zeszłą niedzielę po raz drugi miałam okazję być na koncercie jednego z moich ulubionych zespołów - Eluveitie zagrało w katowickim Mega Clubie.

Pozytywnie zaskoczyły mnie supporty - Netherfell wystąpiło z niesamowitą energią i prawie rozniosło scenę, zaś Helroth było zmuszone do zasłużonego bisowania. Rzadko kiedy jestem świadkiem tak dobrej rozgrzewki przed właściwym koncertem!

Samo Eluveitie spisało się całkiem dobrze. Brak Anny Murphy i reszty byłych członków był jednak dosyć odczuwalny. Mimo, że zastępująca ją Laura Fella spisała się na medal, to jednak czuć było różnicę. Przez mniejszą ilość spokojniejszych piosenek Eluveitie straciło trochę ze swojego folkowego charakteru - koncert wypadł o wiele bardziej metalowo niż rok temu w Krakowie. Czy to na plus czy na minus? Dla mnie niestety był to lekki minus - zawsze uwielbiałam ten bardziej folkowy charakter jaki miał np. album Evocation I - The Arcane Dominion. Zabrakło też mojej ulubionej Slania's Song, Usłyszeliśmy jednak chyba pierwszy dobry news od czasu odejścia Anny - Chrigel Glanzmann na koncercie wspominał, że powstaje Evocation II. Co prawda takie plotki były już w zeszłym roku, ale może po zmianach w składzie może coś w końcu ruszy w tym temacie.

Ogólnie koncert mogę zaliczyć do udanych. Ale. Zespołowi brakowało pewnej energii i chyba nie jestem jedyną osobą, która odniosła takie wrażenie - widownia była zdecydowanie mało żwawa jak na standardy, do których przywykłam. Może trochę zawinił dzień (niedziela!), może zimowa pora, ale nawet będąc na samym przodzie nie czułam zbytniego rozentuzjazmowania wśród tłumu. Czyli niby dobrze, niby fajnie, ale jednak brakowało pewnej magii, którą niewątpliwie odczuwałam rok temu w Krakowie.

Ciekawi mnie, w którą stronę zabierze zespół Chrigel. Ale o tym przekonamy się dopiero przy ukazaniu się nowego albumu :)


wtorek, 20 grudnia 2016

Wracam do życia!

Powoli, bo powoli, ale po długaśnym czasie wracam do życia ( a przynajmniej staram się!). Niestety nie mogę obiecać, że nowa książkowa recenzja ukaże się przed Nowym Rokiem (mało ostatnimi czasy czytam, chociaż wciąż czeka parę zaległych tekstów do skończenia...).

Tak jak w 2016 wkraczałam zgodnie z kwestią "jest chujowo, ale stabilnie", tak końcówka 2016 to był jeden wielki chaos, ujmując kolokwialnie, istny rozpierdol w życiu prywatnym, uczuciowym i zawodowym i nie zapowiada się, żeby miało się to szybko uspokoić. O dziwo, odnajduję się w tym chaosie o wiele lepiej niż przy stabilności - wiem, nie widać tego po blogu, ale powoli wyrabiam sobie system. Po raz pierwszy od naprawdę długiego czasu mogę się skupić stuprocentowo na sobie - przyznaję, że dla mnie jako osoby monogamicznej i związkowej, jest to dla mnie jednocześnie bardzo przerażające jak i trochę... ekscytujące :) Z jednej strony nie lubię być sama, ale z drugiej wiem, że muszę sobie parę rzeczy poukładać w życiu, żeby nigdy więcej nie dopuścić do tak toksycznych sytuacji.

Przy okazji dzięki przerwie miałam chwilę, żeby pomyśleć nad ważnym pytaniem - co ja tak naprawdę chcę zrobić z tym blogiem? Zaczęłam pisać w sumie dla siebie - tak o, bo mimo wielkiej miłości do książek i setek przeczytanych pozycji po dwóch latach większość szczegółów z tej głowy ucieka. Z moją grafomanią raczej popularności nie zdobędę i średnio na to liczę, ale jako, że czekają mnie zmiany w życiu, zapewne i takie zajdą jeśli chodzi o publikowany content. Książki są i zawsze będą odgrywały ogromną rolę w moim życiu, więc recenzje będą się nadal ukazywały. Może trochę zmieni się formuła i zaczną się pojawiać teksty związane z innymi tematami :) Przez najbliższe 3 miesiące mam w planach dwa koncerty, znowu zaczęłam oglądać seriale, wraz z Marią Dunkel spontanicznie jedziemy do Paryża w walentynki. Poza tym wróciłam do francuskiego i zabrałam się porządnie za gotowanie (powinnam była to zrobić już jakiś czas temu ze względu na problemy zdrowotne, no ale cóż..) Tak, więc nie wydaje mi się, żeby tematyka bloga mogła pozostać jednolita - miałam okres kiedy tylko czytałam i grałam, i o czytaniu pisałam tutaj. Teraz będę robiła więcej, więc chciałabym, żeby teksty tutaj to odzwierciedlały.

Trzymajcie za mnie kciuki

A czasem kiedy już nic nie pomaga wystarczy piwo. Albo pięć.


czwartek, 13 października 2016

Co nowego w październiku?

Nowości Polskie

Wodnikowe wzgórze - Richard Adams
Premiera 14.10.2016

Tak, tak, tak!

Bardzo chciałam tę książkę w swojej kolekcji i w końcu będę miała na to okazję. Przepiękna okładka i fantastyczna opowieść o króliczym stadzie. Czego mogłabym chcieć więcej?






Prawodziejka - Susan Dennard
Premiera 12.10.2016

Nie spodziewałam się tak szybkiego wydania tej książki po polsku. Co prawda książka była dosyć popularna, kiedy wychodziła, jednak reakcje były dosyć mieszane. 

Jeśli miałabym być trochę 'salty' to muszę przyznać, że polskie wydawnictwa mają duży talent do wybierania akurat tych, które uważam za średnie. W Prawodziejce mamy typowe fantasy z średnimi i trochę płytkimi postaciami, mgliście zarysowanym światem i miejscami ciągnie się jak guma w majtach. Niestety ja jestem już trochę zmęczona typową fantastyką (z wyjątkami, kiedy książcę udaje się wprowadzić mnie w tryb fangirlingu)



Nowości Angielskie

The Midnight Star - Marie Lu
Premiera 11.10.2016

Zakończenie trylogii o Malfetto. W zeszłym miesiącu udało mi się przeczytać obie poprzednie części. Mimo, że pierwsza była dla mnie strasznym zawodem, druga zdecydowanie podniosła poziom i sprawiła, że chętnie sięgnę po ostatnią książkę, żeby poznać zakończenie trylogii.

Chętnie poznam dalsze losy Adeliny i reszty antybohaterów.





Goldenhand - Garth Nix
Premiera 11.10.2016

Trochę zdziwiłam się widząc zapowiedź tej książki, Było to raczej pozytywne zaskończenie, bo cykl Starego Królestwa bardzo mi się podobał. Mimo, że autor wydał wcześniej prequel, nie spodziewałam się kontynuacji. Goldenhand jest piątą (licząc Clariel) książką cyklu i zarazem kontynuacją Abhorsena.

Dodatkowo - Lirael nadal będzie główną bohaterką, co dla mnie jest dużym plusem - polubiłam ją najbardziej ze wszystkich bohaterów.





Blood Red Snow White - Marcus Sedgwick
Premiera 25.10.2016

Marcus Sedgwick jest na moim radarze odkąd wpadłam na jego inną powieść - The Dark Horse, kiedy poszukiwałam czegoś w klimatach prehistorycznych. Blood Red Snow White

Kolejna książka zajmująca się słowiańszczyzną. Może i jest to ponowne wydanie, ale odczuwam lekki niedosyt po poprzedniej książce w podobnych klimatach (Vassa in the Night, o której wspominałam w poprzednich nowościach) i chętnie sięgnę po pozycję autora, z którym i tak miałam zamiar się zapoznać. No chyba, że najpierw jednak sięgnę po The Dark Horse, który siedzi kupiony na moim Kindle od jakiegoś czasu :)



Hag-Seed - Margaret Atwood
Premiera 11.10.2016

Margaret Atwood nie jest zbytnio popularna w Polsce (feministyczna literatura, która potrafi ten ruch także skrytykować? No przecież nie przejdzie!), dlatego nie spodziewam się dużego szumu wokół tej książki.

Samo Hag-Seed jest częścią większe serii, w której autorzy piszą własną interpretację szekspirowskich szutk (inne książki z tej serii można znalesć tutaj ) W tym wypadku będzie to Burza.






Spare and Found Parts  - Sarah Maria Griffin
Premiera 11.10.2016

Spare and Found Parts ma chyba najciekawszego blurba ze wszystkich wrześniowych premier. Miasto zdziesiątkowane epidemią, gdzie każdemu brakuje jakiejś części ciała. Dodajmy do tego futurystyczny świat, gdzie zakazano zaawansowanej technologii.oraz fabułę obracającą się wokół stworzenia elektronicznego towarzysza. Może i skrzywienie zawodowe, ale ja to kupuje.

Zobaczymy jak zaprezentuje się rezultat końcowy.





Aerie - Maria Dahvana Headley
Premiera 4.10.2016

Aerie to kontynuacja wydanej w zeszłym roku Magonii. Poprzedniczka zaimponowała mi stylem i światem, chociaż sama konstrukcja i bohaterowie nieco kulały. 

Jestem ciekawa jak potoczą się dalsze losy bohaterów, bo zakończenie Magonii pozostawiło wiele możliwości. 






Iron Cast - Destiny Soria
Premiera 11.10.2016

Zakochałam się w okładce tej książki od pierwszego wejrzenia. A jak dodamy do tego, że odbywać się będzie w latach dwudziestych? (jazz age! prawie nigdy nie spotykam tego okresu w książkach) No ja na pewno sięgnę w wolnej chwili.

Jest jeden szkopuł - jest to powieść debiutancka, więc nie mam pojęcia jak wygląda warsztat autorki. Ale w tym roku dawałam szanse o wiele gorzej rokująceym pozycjom, więc zobaczymy jak będzie z Iron Cast.

środa, 5 października 2016

A Torch Against the Night - Sabaa Tahir

Są serie, które kocham ze względu na ich oryginalność. Są też serie, które nie wyróżniają się z pozoru niczym szczególnym - wtedy zazwyczaj moja opinia zależy od wielu czynników, ale w tym wypadku, żeby się wybić, seria musi mieć “to coś”. Zazwyczaj jest to szczegół - albo jakiś element fabuły czy świata, albo wzbudzające sympatię postacie. Są też książki takie jak seria Saby Tahir - książki, które biorą istniejące schematy i łączą je w idealną całość.

Z góry już mogę powiedzieć, że A Torch Against the Night zapewne będzie miało tyle samo fanów, co przeciwników. Jest tu wiele elementów, których nie lubię - mamy trójkąt miłosny, narrację pierwszoosobową ze zmieniającą się perspektywą. Mamy nawet, prawie już obowiązkowy w YA, motyw buntowników. A jednak mimo wszystko, to jakimś cudem działa. Po trochu dzięki dobrej konstrukcji, a po trochu dzięki znakomitemu warsztatowi autorki.

Fabuła zaczyna się w tym samym momencie, w którym skończyła się poprzednia część - śledzimy ucieczkę głównych bohaterów, Lai i Eliasa, a potem ich wędrówkę do Kauf w celu uwolnienia brata Lai. Niesamowicie się wciągnęłam już od pierwszych stron i czytałam w każdej wolnej chwili. Mimo, że jest to środkowa część książka trzyma i suspens, i dosyć szybkie tempo. Nie czułam zupełnie, żeby wydarzenia miały formę zapychacza. Każde wydarzenie albo uchyla nam nieco świata, albo popycha i komplikuje fabułę.

Dodatkowym plusem dla mnie było powolne ukazywanie bardziej fantastycznej strony świata. Tak jak An Ember in Ashes czytało się prawie jak powieść historyczną, tak “A Torch…” jest już zdecydowanie pełnokrwistą fantasy. Jest to wciąż ten sam świat, jednak sprytnie rozwinięto kilka istniejących wątków. Bardzo lubię takie zabiegi, zwłaszcza jeśli są oparte o mitologię (w tym przypadku arabską) 

Tak, jak w poprzedniej części, mamy pierwszoosobową narrację z perspektywy Eliasa i Lai. W “A Torch...” jako narratora dodano jeszcze Helene. Jak dla mnie był to strzał w dziesiątkę - po pierwsze była to zdecydowanie najlepsza postać w części pierwsze, po drugie, dzięki niej mieliśmy wejrzenie na wydarzenia po stronie Imperium. Pod koniec książki trochę jednak żałowałam, że nie dostaliśmy chociażby ukradkowego spojrzenia na narracje od strony Marcusa ( który notabene okazał się całkiem ciekawym antagonistą), ale możliwe, że zobaczymy ją w kolejnych częściach.

I tutaj muszę przyklasnąć autorce, bo udało jej się stworzyć gamę interesujących postaci pobocznych. Jest ich sporo, a każda jest na tyle charakterystyczna, że nie sposób ich pomylić. Mimo, że minęło już trochę czasu odkąd skoczyłam czytać, to nadal doskonale pamiętam większość postaci i ich losy. Tutaj trzeba wspomnieć - Sabaa Tahir potrafi być okrutna i jeśli zbytnio przywiążesz się do danej postaci, powinieneś przygotować sobie pod ręką chusteczki.

“A Torch…” nie jest może pozycja przełomowa, ale łączy wszytko to co powinna mieć książka czytana dla rozrywki - wartką akcje, porządnie nakreślonych bohaterów i dobrze nakreślony świat. Cała seria, mimo, że wykorzystuje dużą ilość schematów, jest warta polecenia jako znakomicie zrealizowane młodzieżowe fantasy. Ja teraz wracam do czekania na kolejną cześć - niestety ma ukazać się dopiero w 2018 roku 


Tytuł: A Torch Against the Night
Seria: An Ember in Ashes
Autor: Sabaa Tahir
Wydanie recenzjowane : HarperVoyager
Wydanie polskie: -


Ocena:

8/10